100% to za mało...

                                                                        Hej Kochani! :) 
Na początku- dobra wiadomość, którą muszę się pochwalić- ZDAŁAM SESJĘ! 😃 nie spodziewałam się, nie wierzyłam, że to w ogóle możliwe, walczyłam z poprawką z biochemii i się udało! Może komuś wydaje się to błahe, ale jak dla mnie- osoby, która jeszcze rok temu spacerowała po szpitalnym patio, to spory i niewyobrażalny sukces!😄
Ja podczas egzaminów :)
A teraz, przechodzę do tematu- otóż, nie było moim zamysłem, żeby ten blog był swego rodzaju pamiętnikiem, ale chyba do tego wszystko zmierza. Ostatnio pisałam o tym, że utknęłam gdzieś między zdrowiem, a chorobą. Próbowałam jakoś bez konkretnej metody, zawalczyć z powrotem do dawnego podejścia (3000kcal), ale niestety, zupełnie mi to nie wychodziło. Przez ten tydzień skakałam z jednego dnia, w który jadłam "super", do kolejnego, w którym ledwie dobijałam 2000kcal i bardzo (BARDZO!) źle się z tym czuję. Mam wrażenie, jakbym była psychicznie pogrążona w chorobie, a jedyny plus jest taki, że fizycznie już nie mam prawie żadnych objawów anoreksji. Myśli o jedzeniu i obrazki, przewijają mi się w głowie 24h/7, co doprowadza mnie do ogromnej frustracji. Stoję na tej cienkiej granicy i wiem, że albo zsunę się w chorobę, albo poświęcam wszystko i wracam do dawania z siebie 110%. Bo znowu przekonuję się o tym, że 100% to za mało. W tym tygodniu, nie dawałam z siebie chyba nawet tyle, a przecież nie ma tutaj miejsca na taką "bylejakość". Nie można zostawić żadnego miejsca anoreksji.

To wszystko co się dzieje, kojarzy mi się to z moją sesją- nie wierzyłam, że zdam na tych studiach jakiekolwiek kolokwium, chciałam rezygnować już bardzo dużo razy, ale mimo wszystko, nie widząc żadnych szans (a czasami i sensu), siadałam i uczyłam się dniami, zdarzało się też nocami 😃. Miałam zasadę: "Nie chcę, ale muszę i będę robić, dopóki nie padnę". I co? Udało się! To naprawdę było moje 120% zaangażowania.
Teraz chciałabym przełożyć to podejście na walkę z chorobą. Będzie trudniej, wiem o tym, ale powtórzę jeszcze raz: "Nie chcę, ale muszę robić i będę robić, dopóki nie padnę". To hasło sprawdza się w przypadku rzeczy, w których wierzę, że gdzieś na końcu jest coś lepszego. I mam nadzieję, że gdzieś istnieje ten koniec choroby, spokój i radość. I chciałabym kiedyś powiedzieć o tym, tak jak powiedziałam o tej pierwszej sesji- udało się!

Zdecydowałam, że:
1. nie zgadzam się, żeby jakiekolwiek cyfry, czy to na wadze, czy na etykietach i metkach, decydowały o moim samopoczuciu, samoocenie i poczuciu własnej wartości,
2. nie pozwolę, żeby myśli o jedzeniu, krążyły w mojej głowie non stop, uniemożliwiając pełne skupienie, na rzeczach, które mnie naprawdę interesują,
3. odmawiam posłuszeństwa chorobie, która zżera wszystko, a mi nie pozwala nic zjeść,
4. nie jestem niewolnikiem żadnych nieskutecznych diet i całego biznesu ich promującego- tak w ramach ciekawostki, całe "dietetyczne, suplementowe, fitnessowe" przedsiębiorstwo, w samym USA jest warte 66 miliardów dolarów!, a naukowcy dowiedli, że 95% diet jest nieskuteczna,
5. nie chcę już nigdy męczyć w taki sposób swojego organizmu, który mimo wszystko się nie poddał i nigdy mnie nie zawiódł. 
6. chcę jeść, odzyskać zdrowie fizyczne, psychiczne i poczucie humoru,
7. chcę zakończyć rozgrywki z chorobą, raz a dobrze,
8. chcę dać swojemu organizmowi szansę na 100% odbudowę, odzyskanie sił i strat- niezależnie ile miałoby to zająć, a jaką wagę miałabym osiągnąć (patrz pkt.1 :) ),
9. chcę wyzdrowieć też za tych, którym niestety się nie udało, choć wiem, że chcieli, to po prostu nie mieli już więcej sił i szans...
10. chcę kiedyś powiedzieć, że zrobiłam wszystko, co mogłam i, że się udało.
"Proces zdrowienia- przewidywania vs rzeczywistość"
Może też jakoś dotarło do mnie, że na dłuższą metę, to jak wyglądamy, co nosimy i co jemy, nie ma znaczenia, a ja przecież nie chcę poświęcić całego życia, na dążenie do wyglądania jak modelka VS, bo nie jest mi to do niczego potrzebne. Czy za 20 lat nie będę żałować tego, że mając lat 20, zamiast podróżować, śmiać się i wychodzić ze znajomymi, to ja siedziałam sama, bojąc się każdego spotkania i zjedzenia czegoś "niezdrowego"? Czy nie będę liczyć straconego czasu, na zamartwianie się wskaźnikiem BMI, zamiast korzystać z każdej danej mi tutaj chwili? Nie chcę też nigdy dokładać swojej "cegiełki", do całej tej dziwnej "fit mody", do tej całej dietetycznej "machiny", która właśnie zarabia na tym, że my sami nie czujemy się ze sobą dobrze. Wpadamy w błędne koło, wydając pieniądze na batoniki za 9zł, które mają o 1% mniej węglowodanów, płacimy za plany diet i ćwiczeń, a ktoś "wyżej" na tym zarabia. Wszystko trwa tylko chwilę, ponieważ po chwili, zdominowani przez mądry organizm, najczęściej wracamy do swojej naturalnej wagi. Oczywiście muszę wspomnieć o gazetach, czy reklamach, które przepełnione są wyidealizowanymi sylwetkami. Według mnie, dużą hipokryzją jest umieszczanie na jednej stronie przepisu na pyszne pączki z nutellą, a na kolejnej "idealnego sposób na detox", czy "szybkiego sposobu na zmianę rozmiaru 44 na 34". To wszystko jest zakłamanym i niesamowicie zyskownym biznesem, który wygrywa z naszą niewiedzą. No i najważniejsze, coś co do mnie przemawia i często powtarzam to sobie w głowie: Czy kogoś, kiedykolwiek interesowała waga np. Florence Nightingale, Marii Skłodowskiej- Curie, czy Matki Teresy? NO NIE. A dlaczego...? BO TO W OGÓLE NIE JEST ISTOTNE. 
"Waga nie definiuje Twojej wartości"
Bo jakby nie patrzeć- choroba mnie skrzywdziła, a ja nie jestem typem osoby, która zostawia takie rzeczy. Jestem zdenerwowana, sfrustrowana i bardzo mnie takie rzeczy "nakręcają" do działania. Nie chcę już zrzucać wszystkiego na osoby w moim otoczeniu, w których choroba też zostawiła duży ślad.
Anoreksja wmawia, że nie mam siły, że życie bez niej jest niemożliwe, i tak było, gdy ważyłam 35kg, wtedy naprawdę nie miałam siły, chciałam umrzeć, byle tylko nie musieć spędzać kolejnego dnia z chorobą. Wręcz prosiłam, żeby anoreksja "nie kazała" mi kolejny raz wylewać odżywki, zapijać się wodą, czy żeby nie stwarzała samych czarnych obrazów w mojej głowie.
Ale teraz...? Co może choroba, a co mogę ja? Obie możemy bardzo dużo, a ja już nie jestem na niższej pozycji.
"ZDROWE CIAŁO+ ZDROWY UMYSŁ= SZCZĘŚLIWE ŻYCIE"
Wracam do metody MM (napiszę co to, w następnym poście), boję się i oczywiście jest bardzo dużo różnych "przeciw". Ale:
                                 "Nie chcę, ale muszę i będę robić, dopóki nie padnę".

                                                                                                                                 -Gabi

( No i musi być piosenka: klik, klik :) )


Komentarze

  1. ...Kochana Gabi, jesteś mocna... tak trzymaj...jesteśmy Tobą...:-)))

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz