Choroba mnie zaskoczyła
Dobry wieczór! :)
Dzisiejszy post będzie trochę odbiegać od poprzednich. Chciałam go poświęcić temu, co ostatnio działo się u mnie, w kwestiach związanych z jedzeniem. Jak wiadomo- łatwo jest coś napisać/powiedzieć, ale już dużo trudniej naprawdę to robić. Tak właśnie stało się w moim przypadku. Wypisywałam tutaj mądre rady, a sama ocieram się znowu o granicę choroby.Chcę żeby ten blog był jak najbardziej prawdziwy, więc już wyjaśniam, o co mi chodzi.
Anoreksja zadziwia mnie swoją siłą odkąd zaczęłam chorować. Momentami było to dla mnie fascynujące, że coś tak bardzo potrafi zawładnąć człowiekiem i to w każdym możliwym aspekcie. Gdy zaczęłam naprawdę jeść i odzyskiwać zdrowie, czułam, że wygrywam z chorobą. Miałam wrażenie, że stoi przede mną wyzwanie, a ja mu dzielnie stawiam czoła. Codziennie, od nowa dawałam z siebie wszystko, by nie dać już żadnych szans anoreksji. Aż do stycznia...
W pewnym momencie poczułam się chyba zbyt pewnie. Chciałam "odłożyć" jedzenie na boczny tor, zająć się nauką i poświęcić jej więcej czasu. Miałam bardzo dużo pracy, zajęć i stresów związanych ze studiami. Postanowiłam, że zacznę mniej wagi przywiązywać do jedzenia, bo wydawało mi się, że jestem już na to "gotowa". No właśnie- tylko mi się wydawało. Jak zwykle, zaczęło się niewinnie- tak jak zawsze w przypadku anoreksji.
Chciałam jeść INTUICYJNIE, ale chyba już wcześniej wspominałam- ja wciąż nie mam intuicji. Skończyło się to na jedzeniu małych ilości, w kółko tego samego, bo "tak chce mój organizm". Oczywiście, to nie organizm tego chciał, a choroba. Wątpię by moje ciało, zadecydowało o ograniczaniu kcal do połowy z tego, ile przeciętnie potrzebuje. Da się w tym wyczuć chorobę na kilometr...Zaczęłam się kierować "moimi" wskazówkami głodu i sytości. Jak się okazuje- "głodna nie jestem nigdy, a najedzona jestem ciągle". Czas silnego niedożywienia sprawił, że stałam się mistrzynią w zwalczaniu każdego sygnału świadczącego o potrzebie jedzenia. W ten sposób, jedząc śniadanie o 8.00, o 14 orientowałam się, że "chyba dawno nie byłam w kuchni".
Do sklepu chodziłam za każdym razem po to samo. Jedzenie traktowałam w kategorii "byle na tym przetrwać". Nie musi smakować, nie musi wyglądać- może być "nijakie", byle zjeść i mieć spokój. (Gdy teraz to czytam, to jestem w szoku, że od razu nie zorientowałam się o pogorszeniu sytuacji...)
Zaczęłam miewać dziwne uczucia i myśli, dotyczące jedzenia. Podejrzewam, że to choroba, która widząc, że przegrała na polu fizycznym (waga mieści się w kryteriach zdrowego BMI, włosy nie wypadają, itd.), zaczęła mieszać mi w głowie.
Miałam realne poczucie, że mam cement w buzi- po prostu nie byłam w stanie zjeść czegoś, co leży na stole. Czasami, gdy było obok coś, na co miałabym ochotę, czułam bezwład w rękach- jakbym nie mogła ich podnieść, nie miała mięśni, czy kości. Oczywiście, nie było to fizycznie możliwe, ale ja byłam bezsilna, nie umiałam przeciwstawić się temu uczuciu.
Oprócz tego, ciągłe poczucie, że nie zasługuję na jedzenie- skoro wagę mam w granicach normy, to już nie należą mi się normalne porcje, już nie muszę jeść. "Jedzenie jest dla ludzi z niedowagą". Takie symptomy zdecydowanie nie są zdrowym objawem! Bo czy można o kimkolwiek na Ziemi powiedzieć, że "nie zasługuje na jedzenie"? N I E.
Gdy wróciłam po egzaminach do domu, od dwóch osób usłyszałam, że moja twarz jest jakaś drobniejsza niż ostatnio, a policzki delikatnie zapadnięte. Sądziłam, że to przez zmęczenie. Później też zaobserwowałam, że oprócz wyglądu, zmienił się lekko mój nastrój- znowu byłam przygaszona, drażliwa i bardziej marudna. Było to już wystarczająco niepokojące.

Coraz więcej myśli w mojej głowie, zaczęło dotyczyć jedzenia. Jasny sygnał, że mój mózg wyczuł deficyt energii i poszukuje jej gdzie się da. Organizm jest mądry- jeżeli wyczuwa, że sygnały fizyczne są ignorowane przez długi czas, wysyła nam informacje o tym czego chce, do głowy. Szkoda, że ja nie potrafię tego traktować poważnie...
No i jeszcze...POST. Tak bardzo cieszyło mnie, że w środę popielcową należy pościć. Niektórzy mówili, że jako osoba chorująca na zaburzenia odżywiania, wręcz nie powinnam postu przestrzegać (po prostu odmówić sobie czegoś innego), ale ja- jak zwykle "wiedziałam lepiej" (choroba wiedziała, a ja jej posłuchałam). Nienawidzę anoreksji za to, że potrafi wejść nawet na pole religii i nie pozwala skupiać się na prawdziwej istocie wielu rzeczy.
Ale, ale, ale...Zorientowałam się- anoreksja nie chce dać za wygraną...ale ja też nie.
Przyznaję się, jestem przerażona. Znowu boję się wrócić do prawdziwego poświęcenia zdrowiu, zwiększenia porcji i konfrontacji z "jedzeniowymi" lękami. Jest trudno, ponieważ tym razem chodzi przede wszystkim o zdrowie psychiczne. Będę się starać, by choroba nie miała już takiej mocy "mieszania" mi w głowie. Czuję się jakbym utknęła pomiędzy zdrowiem i chorobą. Nie chcę tutaj zostać, ponieważ to ciągła wegetacja.
Rozpoczął się Wielki Post- dla wielu osób czas wyrzeczeń, wyzwań, stawiania sobie celów i chęci do zmiany. Myślę, że dla mnie też będzie to czas solidnego wysiłku, wspinaczki "pod górę" (podobno każdy ma swój Everest :)) i rezygnacji- rezygnacji z chorobliwej kontroli i ograniczania samej siebie.
ZATEM, WYZWANIE NA TEGOROCZNY POST: POLUBIĆ JEDZENIE I ODZYSKAĆ APETYT. (apetyt na jedzenie i na życie!).
Kolejna piosenka ze słuchanych na szpitalnym patio: klik, kilk :)
Trzymajcie się dzielnie i trzymajcie za mnie kciuki!
- Gabi
Dzisiejszy post będzie trochę odbiegać od poprzednich. Chciałam go poświęcić temu, co ostatnio działo się u mnie, w kwestiach związanych z jedzeniem. Jak wiadomo- łatwo jest coś napisać/powiedzieć, ale już dużo trudniej naprawdę to robić. Tak właśnie stało się w moim przypadku. Wypisywałam tutaj mądre rady, a sama ocieram się znowu o granicę choroby.Chcę żeby ten blog był jak najbardziej prawdziwy, więc już wyjaśniam, o co mi chodzi.
Anoreksja zadziwia mnie swoją siłą odkąd zaczęłam chorować. Momentami było to dla mnie fascynujące, że coś tak bardzo potrafi zawładnąć człowiekiem i to w każdym możliwym aspekcie. Gdy zaczęłam naprawdę jeść i odzyskiwać zdrowie, czułam, że wygrywam z chorobą. Miałam wrażenie, że stoi przede mną wyzwanie, a ja mu dzielnie stawiam czoła. Codziennie, od nowa dawałam z siebie wszystko, by nie dać już żadnych szans anoreksji. Aż do stycznia...
![]() |
| "Twój plan vs Rzeczywistość". |
Chciałam jeść INTUICYJNIE, ale chyba już wcześniej wspominałam- ja wciąż nie mam intuicji. Skończyło się to na jedzeniu małych ilości, w kółko tego samego, bo "tak chce mój organizm". Oczywiście, to nie organizm tego chciał, a choroba. Wątpię by moje ciało, zadecydowało o ograniczaniu kcal do połowy z tego, ile przeciętnie potrzebuje. Da się w tym wyczuć chorobę na kilometr...Zaczęłam się kierować "moimi" wskazówkami głodu i sytości. Jak się okazuje- "głodna nie jestem nigdy, a najedzona jestem ciągle". Czas silnego niedożywienia sprawił, że stałam się mistrzynią w zwalczaniu każdego sygnału świadczącego o potrzebie jedzenia. W ten sposób, jedząc śniadanie o 8.00, o 14 orientowałam się, że "chyba dawno nie byłam w kuchni".
Do sklepu chodziłam za każdym razem po to samo. Jedzenie traktowałam w kategorii "byle na tym przetrwać". Nie musi smakować, nie musi wyglądać- może być "nijakie", byle zjeść i mieć spokój. (Gdy teraz to czytam, to jestem w szoku, że od razu nie zorientowałam się o pogorszeniu sytuacji...)
![]() |
| "Wciąż się "goję", ale to nic złego..." |
Miałam realne poczucie, że mam cement w buzi- po prostu nie byłam w stanie zjeść czegoś, co leży na stole. Czasami, gdy było obok coś, na co miałabym ochotę, czułam bezwład w rękach- jakbym nie mogła ich podnieść, nie miała mięśni, czy kości. Oczywiście, nie było to fizycznie możliwe, ale ja byłam bezsilna, nie umiałam przeciwstawić się temu uczuciu.
Oprócz tego, ciągłe poczucie, że nie zasługuję na jedzenie- skoro wagę mam w granicach normy, to już nie należą mi się normalne porcje, już nie muszę jeść. "Jedzenie jest dla ludzi z niedowagą". Takie symptomy zdecydowanie nie są zdrowym objawem! Bo czy można o kimkolwiek na Ziemi powiedzieć, że "nie zasługuje na jedzenie"? N I E.
Gdy wróciłam po egzaminach do domu, od dwóch osób usłyszałam, że moja twarz jest jakaś drobniejsza niż ostatnio, a policzki delikatnie zapadnięte. Sądziłam, że to przez zmęczenie. Później też zaobserwowałam, że oprócz wyglądu, zmienił się lekko mój nastrój- znowu byłam przygaszona, drażliwa i bardziej marudna. Było to już wystarczająco niepokojące.

Coraz więcej myśli w mojej głowie, zaczęło dotyczyć jedzenia. Jasny sygnał, że mój mózg wyczuł deficyt energii i poszukuje jej gdzie się da. Organizm jest mądry- jeżeli wyczuwa, że sygnały fizyczne są ignorowane przez długi czas, wysyła nam informacje o tym czego chce, do głowy. Szkoda, że ja nie potrafię tego traktować poważnie...
No i jeszcze...POST. Tak bardzo cieszyło mnie, że w środę popielcową należy pościć. Niektórzy mówili, że jako osoba chorująca na zaburzenia odżywiania, wręcz nie powinnam postu przestrzegać (po prostu odmówić sobie czegoś innego), ale ja- jak zwykle "wiedziałam lepiej" (choroba wiedziała, a ja jej posłuchałam). Nienawidzę anoreksji za to, że potrafi wejść nawet na pole religii i nie pozwala skupiać się na prawdziwej istocie wielu rzeczy.
Ale, ale, ale...Zorientowałam się- anoreksja nie chce dać za wygraną...ale ja też nie.
Przyznaję się, jestem przerażona. Znowu boję się wrócić do prawdziwego poświęcenia zdrowiu, zwiększenia porcji i konfrontacji z "jedzeniowymi" lękami. Jest trudno, ponieważ tym razem chodzi przede wszystkim o zdrowie psychiczne. Będę się starać, by choroba nie miała już takiej mocy "mieszania" mi w głowie. Czuję się jakbym utknęła pomiędzy zdrowiem i chorobą. Nie chcę tutaj zostać, ponieważ to ciągła wegetacja.
Rozpoczął się Wielki Post- dla wielu osób czas wyrzeczeń, wyzwań, stawiania sobie celów i chęci do zmiany. Myślę, że dla mnie też będzie to czas solidnego wysiłku, wspinaczki "pod górę" (podobno każdy ma swój Everest :)) i rezygnacji- rezygnacji z chorobliwej kontroli i ograniczania samej siebie.
ZATEM, WYZWANIE NA TEGOROCZNY POST: POLUBIĆ JEDZENIE I ODZYSKAĆ APETYT. (apetyt na jedzenie i na życie!).
Kolejna piosenka ze słuchanych na szpitalnym patio: klik, kilk :)
Trzymajcie się dzielnie i trzymajcie za mnie kciuki!
- Gabi



Komentarze
Prześlij komentarz