Gdy coś się dzieje...
Dzień dobry Kochani! :)
Sesja (prawie) za mną, ale na tych studiach prawdopodobnie nigdy nie będzie czasu na odpoczynek. :)
W tym poście, chciałabym poświęcić kilka słów na opisanie symptomów towarzyszących chorobie. Nie chodzi mi o to, co dzieję się w wyniku wygłodzenia z organizmu. Bardziej chciałabym się zająć objawami i zachowaniami, które są "zwiastunami" choroby i pojawiają się najczęściej dużo przed wystąpieniem widocznych objawów fizycznych. Ten post może być także pewnego rodzaju wskazówką, dla tych którzy obserwują, któreś z tych zachowań u kogoś bliskiego, lub u samych siebie. Większość takich przymusowych i "dziwnych" czynności, związana jest z poczuciem kontroli, lęku przed porzuceniem rutyny lub z fizjologicznymi mechanizmami organizmu, który już "poszukuje" jedzenia (energii!) gdzie tylko jest to możliwe.
1. Liczenie kcal.
Nikt mi nie wmówi, że sprawdzanie kaloryczności posiłków jest czymś normalnym i nie chcę też słuchać, że wyznaczanie dziennego bilansu i zliczanie ile kcal się zjadło, jest zdrowe. U mnie było to pierwsze "chorobowe zachowanie"- doprowadza to do prawdziwej obsesji. Znamy na pamięć tabele kaloryczne i patrzymy na jedzenie tylko przez pryzmat kcal. Uszkadza to też metabolizm i zupełnie wycisza prawdziwe odczuwanie głodu i sytości. Ja do tej pory niestety, niezależnie od tego co jem, muszę walczyć z samą sobą, żeby automatycznie nic nie liczyć. Czasami obawiam się, że tego nie da się "wyłączyć" i nie wiem ile jeszcze będę się z tym zmagać.
2. Oglądanie jedzenia, czytanie książek kucharskich i gotowanie innym.
Dokładnie pamiętam czas, gdy byłam w stanie cały dzień oglądać, co ktoś inny jadł. Z resztą bardzo dużo jest filmów tego typu na YT. Zaczęłam przeglądać i gromadzić coraz większą ilość przepisów na różne ciekawe dania, wypieki czy przekąski. Dziwne w tym wszystkim było to, że właściwie mało rzeczy z tych moich "kuchennych inspiracji" tak naprawdę przygotowałam. Jeżeli już do tego doszło, to sama tego nie jadłam, a sprawiało mi dużą przyjemność patrzenie jak jedzą inni. Dodam też, że nigdy wcześniej (nigdy!) nie lubiłam gotować i większość innych czynności związanych z kuchnią mnie męczyła. Zazwyczaj ograniczałam się do konieczności ugotowania makaronu, z polecenia któregoś z rodziców, ewentualnie do wycinania pierników na święta.
Jak się okazuje, to mój mądry organizm, zaczął poszukiwać jedzenia gdzie się da. Skoro nie otrzymywał odpowiedniej ilości energii w postaci jedzenia, to chciał chociaż zaspokoić głód mentalny. I naprawdę tak się działo- włączając filmiki o jedzeniu, oglądając jego zdjęcia, wyciągając coś z lodówki i chowając to z powrotem, miałam wrażenie, że już nie jestem głodna.
3. Niezdrowa ilość ćwiczeń.
Sport i wysiłek fizyczny są świetne i nigdy temu nie będę zaprzeczać. Problem powstaje wtedy, gdy ćwiczymy codziennie, a celem naszych ćwiczeń jest spalenie kalorii, a nie ćwiczenie samo w sobie. Wyrzuty sumienia z powodu "odpuszczenia" jednego treningu, czy rozpisywanie sobie planów ćwiczeń i obliczanie pod to makroskładników już też są według mnie mocno zaburzonym stanem rzeczy.
Z osób, które jeszcze jakiś czas temu normalnie jadały pizzę ze znajomymi bez większego namysłu, miały dużo zainteresowań i planów, stajemy się pseudo-trenerami personalnymi, którzy pozwalają sobie raz w tygodniu na jakiś "cheat meal", kupują odżywki białkowe, bo organizm nie nadąża za codziennym cardio, a zainteresowania ograniczają się do siłowni. To jest bardzo jasny sygnał...
Jednym z wyjaśnień takiego zachowania, które bardzo do mnie przemawia, jest fizjologiczny mechanizm przerwania. Podobno, uzależnienie od ćwiczeń i ciągła chęć bycia w ruchu jest przystosowaniem organizmu, który cofa się do pierwotnych instynktów. Tak jak zwierzęta, które migrowały z celach znalezienia pokarmu, tak nasz organizm- nie da nam odpocząć, dopóki nie znajdzie jedzenia. Ledwie znajduje siłę do zwyczajnego funkcjonowania, jednak wprawia nas w ruch, wręcz zmusza do szukania, bo chce przetrwać.
4. Utrata znajomych i chęci wychodzenia z domu.
Najczęściej nie chcemy wychodzić na spotkania z innymi, bo boimy się, że coś trzeba będzie zjeść. Oczywiście, opanowaliśmy już wszystkie możliwe wymówki do perfekcji, ale głupio nam ciągle siedzieć z sałatką, gdy inni jedzą naleśniki. Żeby uniknąć komentarzy, wolimy po prostu nie pójść na kolejne przyjęcie, na którym moglibyśmy zostać czymś poczęstowani. Nie chcemy też słuchać "błędnych domysłów" zmartwionych przyjaciół, którzy są zaskoczeni naszym nietypowym (od jakiegoś czasu) zachowaniem. Nie umawiamy się na spotkania, gdy przypadałoby to na godzinę naszego treningu, czy też posiłku.
Unikamy ludzi, bo nikt nas rozumie. Wszyscy są według nas jakoś dziwnie beztroscy i nie ma z kim porozmawiać o naszych priorytetach, takich jak np. kcal, "zdrowie", ćwiczenia, makro, przepisy i nowe sposoby na detox.
5. Eliminacja coraz większej ilości jedzenia.
Rozumiem wszelkiego rodzaju nietolerancje i alergie- na tym nie będę się skupiać. Jeżeli jednak, lista rzeczy, których nie jemy, zaczęła dominować nad tymi, które jemy. To chyba jasny sygnał. Wyłączamy coś z diety, bo gdzieś przeczytaliśmy, że nam zaszkodzi i nie sprawdzamy nawet prawdziwości tej informacji. Zaczyna się czytanie składów i eliminowanie zagrożenia do minimum. Osoba uczulona na sezam, po prostu wyłączy z diety sezam. Inna sytuacja dotyczy osoby, która wpada w zaburzenia odżywiania. Dla bezpieczeństwa", oprócz sezamu wyłączy wszystkie inne orzechy, wszystkie tłuszcze, a później też węglowodany. Chodząc po sklepach, zna ułożenie towaru na pamięć i wie już co jest "bezpieczne", gdzie swobodnie może się poruszać. W pewnym momencie nawet to już zaczyna być ograniczane i to do tego stopnia, że ze sklepu wychodzi się z sałatą i ogórkiem. Czasami każdy posiłek jest taki sam- to samo codziennie na śniadanie, każdego dnia taka sama kolacja i obiad.
Co najważniejsze, osoba chora, żyje w przekonaniu, że robi to dla zdrowia i ma POCZUCIE KONTROLI nad swoją dietą i otoczeniem. Nie zastanawia jej tylko, jak to możliwe, że inni jedzą wszystko i żyją, a ona widzi REALNE zagrożenie śmiercią, po zjedzeniu czegokolwiek z "zakazanej listy".
6. Czas posiłku.
Chyba już o tym pisałam....Wyznaczanie czasu na posiłek i to, co do minuty. Nie zjemy wcześniej, czy później. Układamy cały plan swojego dnia, by dopasować go do jedzenia, chodzimy z pudełkami, ustawiamy budziki, itd.. U mnie zaszło to tak daleko, że odczuwałam spory lęk związany ze zmianą czasu z zimowego na letni. Nie wiedziałam, czy mam przez to wstawać o godzinę wcześniej, żeby zachować niezmienną porę posiłków, czy znaleźć jeszcze inny sposób na rozwiązanie problemu. Mamy wpojone, że musi to być konkretny odstęp czasu, bo przeczytaliśmy, że "co 3h to najzdrowiej, a co 2h 45min. to już szkodzi...
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak dużą szkodę sobie wyrządzają i na jak długi czas. Taka walka, z naturalnymi wskazówkami wysyłanymi przez organizm- z sygnałami sytości i głodu, doprowadza do stanu, w którym nie odczuwamy już ani tego, ani tego. Ja niestety wciąż nie odczuwam tego we właściwy sposób.
Chorując, do perfekcji mamy opanowane "wyciszanie" domagania się przez organizm czegoś do jedzenia. Bo gdzieś tam wyczytaliśmy, że jak jesteśmy głodni po 1h od posiłku, to lepiej wypić szklankę wody i poczekać, a może pobiegać...lub zająć się czymś innym, wyjść z domu, itd. Właśnie wtedy najlepiej działa oglądanie jedzenia. Zabija głód bardzo szybko. To związane jest z niesamowitym poczuciem kontroli, bo naprawdę trzeba się wykazać niezwykłą siłą, żeby zniszczyć podstawowy mechanizm warunkujący życie i wygrać, (co prawda na krótko) z fizjologią ludzkiego organizmu.
Nie wiem ile czasu potrzeba na przywrócenie normalnego stanu sygnałów wysyłanych przez organizm, ale u mnie to nie nastąpiło...

7. Chorobliwa perfekcja, ciągłe napięcie, drażliwość.
Rzeczy, które wcześniej jakoś nas nie denerwowały, stają się bardzo drażniące. Tracimy też poczucie humoru, spontaniczność, dystans do siebie i radość z życia. Chodzimy dosłownie jak "bomby zegarowe" i wybuchamy złością na wszystko, co idzie nie zgodnie z naszym planem. Chcemy nad wszystkim panować, nad każdą dziedziną swojego życia i życia osób w otoczeniu. Przychodzi moment, w którym "nikt nie jest w stanie zrobić nic, tak doskonale jak robimy to my" i to też jest dla nas tak denerwujące, że robimy wszystko sami i zostajemy sami. Bo nie dziwmy się ludziom- ileż można znosić kogoś niezadowolonego i marudzącego..? Oczywiście, taki stan rzeczy powstał w wyniku głodu, niczego innego. Sprzątamy, układamy, kroimy wszystko na równe, parzyste części, odmierzamy, itd. Mamy rutynę, dzień w dzień to samo. Przez jakiś czas czujemy się świetnie, jakbyśmy zmienili swoje życie na lepsze, w końcu panujemy nad swoim losem, przyszłością i nic nas nie zaskoczy... Niestety, ale choroba już czeka za rogiem.
Ten post, powstał z osobistego doświadczenia i punktu widzenia. Opisałam tutaj kilka szczególnych zachowań, które wystąpiły jeszcze przed (i to dość sporo przed) utratą wagi i innymi symptomami fizycznymi. Myślę, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że już gdzieś przekroczyliśmy granicę między zdrowiem, a chorobą- ta granica jest niewidoczna, szczególnie dla osoby chorującej!
Słuchajmy siebie nawzajem bardziej, przyglądajmy się sobie i poświęcajmy więcej uwagi ludziom, u których coś nas niepokoi. Nie bójmy się rozmawiać, ale nie atakujmy. Problem tkwi, w umiejętnym zaproponowaniu pomocy i poszukaniu gdzieś głębiej przyczyny danej sytuacji. Większość mechanizmów rządzących chorym, są pewną "ochroną" przed światem czy jedynym sposobem, jaki znalazł on na poradzenie sobie z przerastającą go sytuacją.
To co jest widoczne "gołym okiem", jest to tylko niewielki procent tego, co osoba chora przeżywa wewnątrz i dotyczy to każdej choroby, ale myślę, że anoreksja jest na to najlepszym przykładem. Objawy fizyczne są w tym przypadku szczególnie wyeksponowane, choć choroba sama w sobie jest związana przede wszystkim ze sferą psychiczną.
Miłego tygodnia! :)
- -Gabi
Sesja (prawie) za mną, ale na tych studiach prawdopodobnie nigdy nie będzie czasu na odpoczynek. :)
W tym poście, chciałabym poświęcić kilka słów na opisanie symptomów towarzyszących chorobie. Nie chodzi mi o to, co dzieję się w wyniku wygłodzenia z organizmu. Bardziej chciałabym się zająć objawami i zachowaniami, które są "zwiastunami" choroby i pojawiają się najczęściej dużo przed wystąpieniem widocznych objawów fizycznych. Ten post może być także pewnego rodzaju wskazówką, dla tych którzy obserwują, któreś z tych zachowań u kogoś bliskiego, lub u samych siebie. Większość takich przymusowych i "dziwnych" czynności, związana jest z poczuciem kontroli, lęku przed porzuceniem rutyny lub z fizjologicznymi mechanizmami organizmu, który już "poszukuje" jedzenia (energii!) gdzie tylko jest to możliwe.
1. Liczenie kcal.
Nikt mi nie wmówi, że sprawdzanie kaloryczności posiłków jest czymś normalnym i nie chcę też słuchać, że wyznaczanie dziennego bilansu i zliczanie ile kcal się zjadło, jest zdrowe. U mnie było to pierwsze "chorobowe zachowanie"- doprowadza to do prawdziwej obsesji. Znamy na pamięć tabele kaloryczne i patrzymy na jedzenie tylko przez pryzmat kcal. Uszkadza to też metabolizm i zupełnie wycisza prawdziwe odczuwanie głodu i sytości. Ja do tej pory niestety, niezależnie od tego co jem, muszę walczyć z samą sobą, żeby automatycznie nic nie liczyć. Czasami obawiam się, że tego nie da się "wyłączyć" i nie wiem ile jeszcze będę się z tym zmagać.
2. Oglądanie jedzenia, czytanie książek kucharskich i gotowanie innym.
Dokładnie pamiętam czas, gdy byłam w stanie cały dzień oglądać, co ktoś inny jadł. Z resztą bardzo dużo jest filmów tego typu na YT. Zaczęłam przeglądać i gromadzić coraz większą ilość przepisów na różne ciekawe dania, wypieki czy przekąski. Dziwne w tym wszystkim było to, że właściwie mało rzeczy z tych moich "kuchennych inspiracji" tak naprawdę przygotowałam. Jeżeli już do tego doszło, to sama tego nie jadłam, a sprawiało mi dużą przyjemność patrzenie jak jedzą inni. Dodam też, że nigdy wcześniej (nigdy!) nie lubiłam gotować i większość innych czynności związanych z kuchnią mnie męczyła. Zazwyczaj ograniczałam się do konieczności ugotowania makaronu, z polecenia któregoś z rodziców, ewentualnie do wycinania pierników na święta.
Jak się okazuje, to mój mądry organizm, zaczął poszukiwać jedzenia gdzie się da. Skoro nie otrzymywał odpowiedniej ilości energii w postaci jedzenia, to chciał chociaż zaspokoić głód mentalny. I naprawdę tak się działo- włączając filmiki o jedzeniu, oglądając jego zdjęcia, wyciągając coś z lodówki i chowając to z powrotem, miałam wrażenie, że już nie jestem głodna.
3. Niezdrowa ilość ćwiczeń.
Sport i wysiłek fizyczny są świetne i nigdy temu nie będę zaprzeczać. Problem powstaje wtedy, gdy ćwiczymy codziennie, a celem naszych ćwiczeń jest spalenie kalorii, a nie ćwiczenie samo w sobie. Wyrzuty sumienia z powodu "odpuszczenia" jednego treningu, czy rozpisywanie sobie planów ćwiczeń i obliczanie pod to makroskładników już też są według mnie mocno zaburzonym stanem rzeczy.
Z osób, które jeszcze jakiś czas temu normalnie jadały pizzę ze znajomymi bez większego namysłu, miały dużo zainteresowań i planów, stajemy się pseudo-trenerami personalnymi, którzy pozwalają sobie raz w tygodniu na jakiś "cheat meal", kupują odżywki białkowe, bo organizm nie nadąża za codziennym cardio, a zainteresowania ograniczają się do siłowni. To jest bardzo jasny sygnał...
Jednym z wyjaśnień takiego zachowania, które bardzo do mnie przemawia, jest fizjologiczny mechanizm przerwania. Podobno, uzależnienie od ćwiczeń i ciągła chęć bycia w ruchu jest przystosowaniem organizmu, który cofa się do pierwotnych instynktów. Tak jak zwierzęta, które migrowały z celach znalezienia pokarmu, tak nasz organizm- nie da nam odpocząć, dopóki nie znajdzie jedzenia. Ledwie znajduje siłę do zwyczajnego funkcjonowania, jednak wprawia nas w ruch, wręcz zmusza do szukania, bo chce przetrwać.
4. Utrata znajomych i chęci wychodzenia z domu.
Najczęściej nie chcemy wychodzić na spotkania z innymi, bo boimy się, że coś trzeba będzie zjeść. Oczywiście, opanowaliśmy już wszystkie możliwe wymówki do perfekcji, ale głupio nam ciągle siedzieć z sałatką, gdy inni jedzą naleśniki. Żeby uniknąć komentarzy, wolimy po prostu nie pójść na kolejne przyjęcie, na którym moglibyśmy zostać czymś poczęstowani. Nie chcemy też słuchać "błędnych domysłów" zmartwionych przyjaciół, którzy są zaskoczeni naszym nietypowym (od jakiegoś czasu) zachowaniem. Nie umawiamy się na spotkania, gdy przypadałoby to na godzinę naszego treningu, czy też posiłku.
Unikamy ludzi, bo nikt nas rozumie. Wszyscy są według nas jakoś dziwnie beztroscy i nie ma z kim porozmawiać o naszych priorytetach, takich jak np. kcal, "zdrowie", ćwiczenia, makro, przepisy i nowe sposoby na detox.
5. Eliminacja coraz większej ilości jedzenia.
Rozumiem wszelkiego rodzaju nietolerancje i alergie- na tym nie będę się skupiać. Jeżeli jednak, lista rzeczy, których nie jemy, zaczęła dominować nad tymi, które jemy. To chyba jasny sygnał. Wyłączamy coś z diety, bo gdzieś przeczytaliśmy, że nam zaszkodzi i nie sprawdzamy nawet prawdziwości tej informacji. Zaczyna się czytanie składów i eliminowanie zagrożenia do minimum. Osoba uczulona na sezam, po prostu wyłączy z diety sezam. Inna sytuacja dotyczy osoby, która wpada w zaburzenia odżywiania. Dla bezpieczeństwa", oprócz sezamu wyłączy wszystkie inne orzechy, wszystkie tłuszcze, a później też węglowodany. Chodząc po sklepach, zna ułożenie towaru na pamięć i wie już co jest "bezpieczne", gdzie swobodnie może się poruszać. W pewnym momencie nawet to już zaczyna być ograniczane i to do tego stopnia, że ze sklepu wychodzi się z sałatą i ogórkiem. Czasami każdy posiłek jest taki sam- to samo codziennie na śniadanie, każdego dnia taka sama kolacja i obiad.
Co najważniejsze, osoba chora, żyje w przekonaniu, że robi to dla zdrowia i ma POCZUCIE KONTROLI nad swoją dietą i otoczeniem. Nie zastanawia jej tylko, jak to możliwe, że inni jedzą wszystko i żyją, a ona widzi REALNE zagrożenie śmiercią, po zjedzeniu czegokolwiek z "zakazanej listy".
6. Czas posiłku.
Chyba już o tym pisałam....Wyznaczanie czasu na posiłek i to, co do minuty. Nie zjemy wcześniej, czy później. Układamy cały plan swojego dnia, by dopasować go do jedzenia, chodzimy z pudełkami, ustawiamy budziki, itd.. U mnie zaszło to tak daleko, że odczuwałam spory lęk związany ze zmianą czasu z zimowego na letni. Nie wiedziałam, czy mam przez to wstawać o godzinę wcześniej, żeby zachować niezmienną porę posiłków, czy znaleźć jeszcze inny sposób na rozwiązanie problemu. Mamy wpojone, że musi to być konkretny odstęp czasu, bo przeczytaliśmy, że "co 3h to najzdrowiej, a co 2h 45min. to już szkodzi...
Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak dużą szkodę sobie wyrządzają i na jak długi czas. Taka walka, z naturalnymi wskazówkami wysyłanymi przez organizm- z sygnałami sytości i głodu, doprowadza do stanu, w którym nie odczuwamy już ani tego, ani tego. Ja niestety wciąż nie odczuwam tego we właściwy sposób.
Chorując, do perfekcji mamy opanowane "wyciszanie" domagania się przez organizm czegoś do jedzenia. Bo gdzieś tam wyczytaliśmy, że jak jesteśmy głodni po 1h od posiłku, to lepiej wypić szklankę wody i poczekać, a może pobiegać...lub zająć się czymś innym, wyjść z domu, itd. Właśnie wtedy najlepiej działa oglądanie jedzenia. Zabija głód bardzo szybko. To związane jest z niesamowitym poczuciem kontroli, bo naprawdę trzeba się wykazać niezwykłą siłą, żeby zniszczyć podstawowy mechanizm warunkujący życie i wygrać, (co prawda na krótko) z fizjologią ludzkiego organizmu.
Nie wiem ile czasu potrzeba na przywrócenie normalnego stanu sygnałów wysyłanych przez organizm, ale u mnie to nie nastąpiło...

7. Chorobliwa perfekcja, ciągłe napięcie, drażliwość.
Rzeczy, które wcześniej jakoś nas nie denerwowały, stają się bardzo drażniące. Tracimy też poczucie humoru, spontaniczność, dystans do siebie i radość z życia. Chodzimy dosłownie jak "bomby zegarowe" i wybuchamy złością na wszystko, co idzie nie zgodnie z naszym planem. Chcemy nad wszystkim panować, nad każdą dziedziną swojego życia i życia osób w otoczeniu. Przychodzi moment, w którym "nikt nie jest w stanie zrobić nic, tak doskonale jak robimy to my" i to też jest dla nas tak denerwujące, że robimy wszystko sami i zostajemy sami. Bo nie dziwmy się ludziom- ileż można znosić kogoś niezadowolonego i marudzącego..? Oczywiście, taki stan rzeczy powstał w wyniku głodu, niczego innego. Sprzątamy, układamy, kroimy wszystko na równe, parzyste części, odmierzamy, itd. Mamy rutynę, dzień w dzień to samo. Przez jakiś czas czujemy się świetnie, jakbyśmy zmienili swoje życie na lepsze, w końcu panujemy nad swoim losem, przyszłością i nic nas nie zaskoczy... Niestety, ale choroba już czeka za rogiem.
Ten post, powstał z osobistego doświadczenia i punktu widzenia. Opisałam tutaj kilka szczególnych zachowań, które wystąpiły jeszcze przed (i to dość sporo przed) utratą wagi i innymi symptomami fizycznymi. Myślę, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że już gdzieś przekroczyliśmy granicę między zdrowiem, a chorobą- ta granica jest niewidoczna, szczególnie dla osoby chorującej!
Słuchajmy siebie nawzajem bardziej, przyglądajmy się sobie i poświęcajmy więcej uwagi ludziom, u których coś nas niepokoi. Nie bójmy się rozmawiać, ale nie atakujmy. Problem tkwi, w umiejętnym zaproponowaniu pomocy i poszukaniu gdzieś głębiej przyczyny danej sytuacji. Większość mechanizmów rządzących chorym, są pewną "ochroną" przed światem czy jedynym sposobem, jaki znalazł on na poradzenie sobie z przerastającą go sytuacją.
To co jest widoczne "gołym okiem", jest to tylko niewielki procent tego, co osoba chora przeżywa wewnątrz i dotyczy to każdej choroby, ale myślę, że anoreksja jest na to najlepszym przykładem. Objawy fizyczne są w tym przypadku szczególnie wyeksponowane, choć choroba sama w sobie jest związana przede wszystkim ze sferą psychiczną.
Miłego tygodnia! :)
- -Gabi



Komentarze
Prześlij komentarz