Moje motywacje
Dzień dobry Wszystkim! :)
Dzisiaj chciałabym opisać, jak to się stało, że wreszcie zaczęło mi zależeć...Bo jak to możliwe, że tyle osób dookoła się wcześniej starało i nic nie było w stanie zrobić. Na chwilę tylko udało mi się odzyskać "zdrowe" BMI, ale tylko po to, by w ciągu 1,5 miesiąca stracić połowę z tych odzyskanych kg...
Choroba była i jest bardzo silna, potrafi przetrwać każde leczenie, nie odchodzi wraz z odzyskiwaną masą ciała. Potrafi sprawić, że żadne wspomnienie związane ze stanem naszego zdrowia, czy groźby ponownego zamknięcia w szpitalu, nie przerażają nas na tyle, by zacząć jeść. Anoreksja jest odporna na każdą terapię, jest silniejsza niż jakikolwiek argument zasłyszany od najbliższych.
Jedyna rzecz, która może się mierzyć z siłą choroby, to nasza szczera chęć wyzdrowienia, determinacja i włożenie każdego wysiłku w chęć powrotu do życia. Trzeba porzucić i poświęcić dotychczasowego siebie, żeby powstało coś innego, prawdziwego, lepszego. Nie da się chcieć tylko w połowie, bo to za mało. Anoreksja wchodzi wszędzie tam, gdzie tylko cień szansy na uderzenie. Choroby trzeba się wyrzec w 100%, a z racji tego, że jest ona w nas mocno zakorzeniona, to jakby musieć ,,wyrzec" się samego siebie.
W każdym chorym, zapala się w pewnym momencie choć lekka chęć wyzdrowienia, ale budzi to tak niewyobrażalny lęk, że anoreksja wciąż skutecznie zbiera swoje żniwo. Podjęcie ryzyka, pójście w zupełnie nieznane miejsce, ciągłe głosy i przymusy choroby sprawiają, że wciąż trwamy zagubieni. Jednymi z najgłośniejszych pytań w naszych głowach, to: "Co powiedzą inni?", ,,Co będzie w stanie zapełnić pustkę, którą teraz w każdym calu zalewa choroba?".
Pamiętam, gdy będąc już w bardzo złym stanie, powiedziałam, że dla mnie jedzenie byłoby największym upokorzeniem życia, że czułabym się, jak publicznie piętnowana. Tak było i dokładnie tak się czułam, o ile nawet nie gorzej. Chciałam jednak się z tym zmierzyć za wszelką cenę, jakoś dać radę. Działałam na chorobę w poczuciu zupełnej frustracji, przekory i "zdenerwowania" (bardzo chętnie użyłabym tu innego słowa, ale nie wypada). Nie mam łatwego charakteru, więc postanowiłam to wykorzystać przeciwko chorobie, a nie przeciwko sobie.
Bo przecież wszystko było w moich rękach i w mojej głowie (takie słowa usłyszałam też na ostatniej terapii w szpitalu!). Polecam zapisać sobie na kartce jakieś cele, coś co Was motywuje, powiesić to w widocznym miejscu i codziennie o poranku, zaczynać od nowa.
A teraz krótko, co mnie motywowało:
1. CHCIAŁAM! To ja chciałam po prostu jeść. Będąc pogrążonymi w chorobie, marzymy całymi dniami o normalnym zjedzeniu posiłku, o czymś dobrym, o czymś co kiedyś nam smakowało. Najczęściej jednak lęk jest jednak tak silny, że kładziemy się do łóżka z pustym, bolącym żołądkiem. Krótko- to WY musicie chcieć. Rodzina Was swoimi chęciami nie nakarmi.
2. NIE MIAŁAM NIC DO STRACENIA. Anoreksja zabrała mi dosłownie wszystko. Nie miałam nic. Wracałam ze szpitala, nie miałam już znajomych, nie miałam szkoły, pracy, zajęcia. Nie było nic, co mogłabym jeszcze stracić, zaczynając jeść.
3. ZMIENIŁAM ŚRODOWISKO! Według mnie, bardzo istotnym elementem powrotu do życia społecznego, jest zmiana środowiska z tego "chorobowego" na "normalne" (piszę w cudzysłowie, bo nie wiem sama co to jest "norma" i nie chcę też nikogo i niczego generalizować). Chodzi mi o to, żeby nie obracać się ciągle wśród chorych, bo wtedy nasze zachowania wcale nie wydają się aż tak niezdrowe i absurdalne. Chciałam wyjść znowu do ludzi, a nie miałam nikogo- choroba odseparowała mnie zupełnie od przyjaciół i znajomych. Po powrocie ze szpitala zaczęłam szukać pracy i ją dostałam! Bardzo zależało mi, żeby ją utrzymać, bo czułam się tam jak właściwy człowiek, na właściwym miejscu.Weszłam w zupełnie nowe środowisko, które mnie akceptowało za mój charakter i umiejętności, poznałam wspaniałych ludzi.Nikt z nich nie wiedział o mojej przeszłości i nie oceniał pod żadnym względem, często słyszałam tylko "o matko! jakie Ty masz chude nogi!".
Jadłam, żeby tam zostać, jadłam żeby mnie nie zwolnili, jadłam żeby móc się skupić, itd. Może błahy powód, ale u mnie działał.
Ale to ja zaczęłam pracy szukać i ja wyszłam z inicjatywą, nikt inny...
4. WYOBRAZIŁAM SOBIE SWÓJ POGRZEB. (Wiem, drastyczne.) Nie przerażało mnie, że mogłabym umrzeć w młodym wieku, ale to, że prawdopodobnie prawie nikt by na niego nie przyszedł. A nawet jakby ludzie się pojawili, to pamiętali by mnie jako bardzo chorą, niepanującą nad swoim stanem osobę.
5. ZMĘCZENIE! Byłam już tak zmęczona tym wszystkim. Jadłam śniadanie i musiałam od razu robić brzuszki za ścianą, jadłam kolację, to koniecznie 200 pajacyków. To trwało w nieskończoność, narastało, a ja nie miałam nawet komu o tym powiedzieć. Byłam po ludzku wykończona.
6. ZASTANOWIŁAM SIĘ- PO CO? Po co mi to ćwiczenie, po co mi wieczne trzymanie diety? Przecież nie muszę być Ewą Chodakowską*, nie chcę być trenerem personalnym, modelką też nie. To dlaczego miałabym się trzymać chorych schematów, ćwiczyć non stop i do końca życia patrzeć, jak kcal dyktują mi sposób funkcjonowania...
(*Dla jasności, to jestem fanką Ewy Chodakowskiej, podziwiam ją, obserwuję i szanuję, ale odkąd zachorowałam, to nie ćwiczę jej programów i nie stosuję jej przepisów. Ewa Chodakowska promuje zdrowie, a nie chorobowy, restrykcyjny i ograniczony tryb życia.)
7. CHĘĆ UDOWODNIENIA. Chciałam sobie i innym udowodnić, że ja wciąż istnieję, że jestem człowiekiem, a nie problemem, że potrafię kierować swoim losem. Szczególnie zależało mi, żeby udowodnić jednej, konkretnej osobie, że nie jestem "nieprzydatna", czy też, że nie jestem "głupią anorektyczką". (Ten punkt jest dość ważny, pisałam już wcześniej, że bardzo często słyszymy uwagi, które niestety zostają z nami na bardzo długo.)
8. TROSKLIWA UWAGA. Po prostu raz zadzwonił do mnie Tato i powiedział, że ja po prostu znikam. Może dla innych to też słaby powód, ale na mnie jakoś podziałało. Podkreślam, że nie była to kłótnia, wyrzut, krzyk, pretensje, czy złośliwość- Tata to powiedział naprawdę zmartwiony. Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki rozmawiamy z chorym. (Tato, wiem, że to czytasz- dziękuję! :) ).
9. STUDIA, PRZEPROWADZKA, NOWY POCZĄTEK. Jadłam, bo chciałam pójść wreszcie na studia, wyprowadzić się z rodzinnego miasta, w którym czułam się "spalona" przez chorobę, chciałam zacząć wszystko od nowa.
10. NIEZALEŻNOŚĆ. Wiedziałam, że ciągle będę musiała być pod nadzorem, opieką i kontrolą, jeżeli nie zacznę sama jeść. To akurat jest oczywiste.
11. WYZNACZYŁAM KONKRETNY CZAS. Stwierdziłam, że poświęcam wszystko na rzecz zdrowia, na minimum 21 dni (21 dni to czas, w jakim ludzki organizm jest w stanie zmienić lub wykształcić nowy nawyk). Jeżeli naprawdę nie będę już w stanie dłużej, to wracam do choroby- proste. Przez 3 tygodnie, robiłam wszystko, żeby jeść, zupełnie nie ćwiczyć i walczyć z anoreksją. Humor zaczął mi wracać po 1,5 tygodnia, więc było warto, a ja nie przestawałam.
12. ZROBIŁAM LISTĘ. Polecam po prostu, zrobić sobie jakąś listę rzeczy, na których naprawdę Wam zależy, czegoś co ceniliście/-łyście w życiu (nawet przed chorobą). Nawet, gdy wydaje Wam się, że nic już nie macie...Pomyślcie, gdzie chcecie być za kilka lat, co chcecie osiągnąć, jako kto chcecie być zapamiętani? Ja na przykład wiedziałam, gdzie chcę pracować za kilka lat i nie potrzebny mi do tego rozmiar 32. Wiedziałam, że chcę zobaczyć różne miejsca na świecie, a nie różne ośrodki terapeutyczne w Polsce. Czułam, że w życiu musi być po prostu coś po za tą okrutną chorobą.
Co by było, gdybym nic nie zrobiła? W najlepszym wypadku, leżałabym teraz w szpitalu.
Tak naprawdę, to rozpoczęcie jedzenia, było chyba najbardziej ryzykowną i przerażającą decyzją jaką podjęłam w życiu, bałam się jak niczego innego. Pytałam średnio 15 razy/dzień, mojej starszej siostry, czy jak będę jeść i przytyję, to czy cały czas się będzie do mnie odzywać. (Wiem, wiem...głupota! :)) Czasami płakałam, że mam już dość, że nic mi nie smakuje, na początku czułam się jak wieloryb (dosłownie), walczyłam z uczuciem, że zamiast krwi, krąży w moich żyłach jedzenie... Na początku było najtrudniej, później wszystko zaczynało nabierać jakiegoś większego sensu.
Jeżeli jesteś osobą chorą i to czytasz, wydaje Ci się to nierealne, to byłam w takim samym punkcie. Jeśli masz w sobie choć trochę chęci i resztki sił, to już masz przewagę nad chorobą! Tylko zacznij teraz, nie jutro. Najlepiej byłoby zacząć już wczoraj. :)
No i jeszcze muzyka! Pamiętam, że to była pierwsza piosenka, jakiej posłuchałam, gdy po bardzo długiej przerwie, po raz pierwszy pozwolono mi w szpitalu wyjść na spacer:
Tu kliknij! Pierwszy wdech świeżego powietrza, po siedzeniu non stop w sali szpitalnej... :)
To znowu wyszło za długie, ja znowu nie wyczerpałam tematu, ale chyba tak już po prostu będzie. :) Miłego tygodnia wszystkim! :)
-Gabi
Dzisiaj chciałabym opisać, jak to się stało, że wreszcie zaczęło mi zależeć...Bo jak to możliwe, że tyle osób dookoła się wcześniej starało i nic nie było w stanie zrobić. Na chwilę tylko udało mi się odzyskać "zdrowe" BMI, ale tylko po to, by w ciągu 1,5 miesiąca stracić połowę z tych odzyskanych kg...
Choroba była i jest bardzo silna, potrafi przetrwać każde leczenie, nie odchodzi wraz z odzyskiwaną masą ciała. Potrafi sprawić, że żadne wspomnienie związane ze stanem naszego zdrowia, czy groźby ponownego zamknięcia w szpitalu, nie przerażają nas na tyle, by zacząć jeść. Anoreksja jest odporna na każdą terapię, jest silniejsza niż jakikolwiek argument zasłyszany od najbliższych.
Jedyna rzecz, która może się mierzyć z siłą choroby, to nasza szczera chęć wyzdrowienia, determinacja i włożenie każdego wysiłku w chęć powrotu do życia. Trzeba porzucić i poświęcić dotychczasowego siebie, żeby powstało coś innego, prawdziwego, lepszego. Nie da się chcieć tylko w połowie, bo to za mało. Anoreksja wchodzi wszędzie tam, gdzie tylko cień szansy na uderzenie. Choroby trzeba się wyrzec w 100%, a z racji tego, że jest ona w nas mocno zakorzeniona, to jakby musieć ,,wyrzec" się samego siebie.
W każdym chorym, zapala się w pewnym momencie choć lekka chęć wyzdrowienia, ale budzi to tak niewyobrażalny lęk, że anoreksja wciąż skutecznie zbiera swoje żniwo. Podjęcie ryzyka, pójście w zupełnie nieznane miejsce, ciągłe głosy i przymusy choroby sprawiają, że wciąż trwamy zagubieni. Jednymi z najgłośniejszych pytań w naszych głowach, to: "Co powiedzą inni?", ,,Co będzie w stanie zapełnić pustkę, którą teraz w każdym calu zalewa choroba?".
Pamiętam, gdy będąc już w bardzo złym stanie, powiedziałam, że dla mnie jedzenie byłoby największym upokorzeniem życia, że czułabym się, jak publicznie piętnowana. Tak było i dokładnie tak się czułam, o ile nawet nie gorzej. Chciałam jednak się z tym zmierzyć za wszelką cenę, jakoś dać radę. Działałam na chorobę w poczuciu zupełnej frustracji, przekory i "zdenerwowania" (bardzo chętnie użyłabym tu innego słowa, ale nie wypada). Nie mam łatwego charakteru, więc postanowiłam to wykorzystać przeciwko chorobie, a nie przeciwko sobie.
Bo przecież wszystko było w moich rękach i w mojej głowie (takie słowa usłyszałam też na ostatniej terapii w szpitalu!). Polecam zapisać sobie na kartce jakieś cele, coś co Was motywuje, powiesić to w widocznym miejscu i codziennie o poranku, zaczynać od nowa.
![]() |
| "Nie bój się, wierz tylko" Mk 5, 36 |
1. CHCIAŁAM! To ja chciałam po prostu jeść. Będąc pogrążonymi w chorobie, marzymy całymi dniami o normalnym zjedzeniu posiłku, o czymś dobrym, o czymś co kiedyś nam smakowało. Najczęściej jednak lęk jest jednak tak silny, że kładziemy się do łóżka z pustym, bolącym żołądkiem. Krótko- to WY musicie chcieć. Rodzina Was swoimi chęciami nie nakarmi.
2. NIE MIAŁAM NIC DO STRACENIA. Anoreksja zabrała mi dosłownie wszystko. Nie miałam nic. Wracałam ze szpitala, nie miałam już znajomych, nie miałam szkoły, pracy, zajęcia. Nie było nic, co mogłabym jeszcze stracić, zaczynając jeść.
![]() |
| "Zniszcz to, co niszczy Ciebie." |
3. ZMIENIŁAM ŚRODOWISKO! Według mnie, bardzo istotnym elementem powrotu do życia społecznego, jest zmiana środowiska z tego "chorobowego" na "normalne" (piszę w cudzysłowie, bo nie wiem sama co to jest "norma" i nie chcę też nikogo i niczego generalizować). Chodzi mi o to, żeby nie obracać się ciągle wśród chorych, bo wtedy nasze zachowania wcale nie wydają się aż tak niezdrowe i absurdalne. Chciałam wyjść znowu do ludzi, a nie miałam nikogo- choroba odseparowała mnie zupełnie od przyjaciół i znajomych. Po powrocie ze szpitala zaczęłam szukać pracy i ją dostałam! Bardzo zależało mi, żeby ją utrzymać, bo czułam się tam jak właściwy człowiek, na właściwym miejscu.Weszłam w zupełnie nowe środowisko, które mnie akceptowało za mój charakter i umiejętności, poznałam wspaniałych ludzi.Nikt z nich nie wiedział o mojej przeszłości i nie oceniał pod żadnym względem, często słyszałam tylko "o matko! jakie Ty masz chude nogi!".
Jadłam, żeby tam zostać, jadłam żeby mnie nie zwolnili, jadłam żeby móc się skupić, itd. Może błahy powód, ale u mnie działał.
Ale to ja zaczęłam pracy szukać i ja wyszłam z inicjatywą, nikt inny...
4. WYOBRAZIŁAM SOBIE SWÓJ POGRZEB. (Wiem, drastyczne.) Nie przerażało mnie, że mogłabym umrzeć w młodym wieku, ale to, że prawdopodobnie prawie nikt by na niego nie przyszedł. A nawet jakby ludzie się pojawili, to pamiętali by mnie jako bardzo chorą, niepanującą nad swoim stanem osobę.
5. ZMĘCZENIE! Byłam już tak zmęczona tym wszystkim. Jadłam śniadanie i musiałam od razu robić brzuszki za ścianą, jadłam kolację, to koniecznie 200 pajacyków. To trwało w nieskończoność, narastało, a ja nie miałam nawet komu o tym powiedzieć. Byłam po ludzku wykończona.
6. ZASTANOWIŁAM SIĘ- PO CO? Po co mi to ćwiczenie, po co mi wieczne trzymanie diety? Przecież nie muszę być Ewą Chodakowską*, nie chcę być trenerem personalnym, modelką też nie. To dlaczego miałabym się trzymać chorych schematów, ćwiczyć non stop i do końca życia patrzeć, jak kcal dyktują mi sposób funkcjonowania...
(*Dla jasności, to jestem fanką Ewy Chodakowskiej, podziwiam ją, obserwuję i szanuję, ale odkąd zachorowałam, to nie ćwiczę jej programów i nie stosuję jej przepisów. Ewa Chodakowska promuje zdrowie, a nie chorobowy, restrykcyjny i ograniczony tryb życia.)
7. CHĘĆ UDOWODNIENIA. Chciałam sobie i innym udowodnić, że ja wciąż istnieję, że jestem człowiekiem, a nie problemem, że potrafię kierować swoim losem. Szczególnie zależało mi, żeby udowodnić jednej, konkretnej osobie, że nie jestem "nieprzydatna", czy też, że nie jestem "głupią anorektyczką". (Ten punkt jest dość ważny, pisałam już wcześniej, że bardzo często słyszymy uwagi, które niestety zostają z nami na bardzo długo.)
8. TROSKLIWA UWAGA. Po prostu raz zadzwonił do mnie Tato i powiedział, że ja po prostu znikam. Może dla innych to też słaby powód, ale na mnie jakoś podziałało. Podkreślam, że nie była to kłótnia, wyrzut, krzyk, pretensje, czy złośliwość- Tata to powiedział naprawdę zmartwiony. Dlatego tak ważny jest sposób, w jaki rozmawiamy z chorym. (Tato, wiem, że to czytasz- dziękuję! :) ).
9. STUDIA, PRZEPROWADZKA, NOWY POCZĄTEK. Jadłam, bo chciałam pójść wreszcie na studia, wyprowadzić się z rodzinnego miasta, w którym czułam się "spalona" przez chorobę, chciałam zacząć wszystko od nowa.
10. NIEZALEŻNOŚĆ. Wiedziałam, że ciągle będę musiała być pod nadzorem, opieką i kontrolą, jeżeli nie zacznę sama jeść. To akurat jest oczywiste.
![]() |
| "Wszystko czego chcesz, jest po drugiej stronie strachu." TO MIAŁAM NA TAPECIE W TELEFONIE GDY ZACZYNAŁAM! |
12. ZROBIŁAM LISTĘ. Polecam po prostu, zrobić sobie jakąś listę rzeczy, na których naprawdę Wam zależy, czegoś co ceniliście/-łyście w życiu (nawet przed chorobą). Nawet, gdy wydaje Wam się, że nic już nie macie...Pomyślcie, gdzie chcecie być za kilka lat, co chcecie osiągnąć, jako kto chcecie być zapamiętani? Ja na przykład wiedziałam, gdzie chcę pracować za kilka lat i nie potrzebny mi do tego rozmiar 32. Wiedziałam, że chcę zobaczyć różne miejsca na świecie, a nie różne ośrodki terapeutyczne w Polsce. Czułam, że w życiu musi być po prostu coś po za tą okrutną chorobą.
Co by było, gdybym nic nie zrobiła? W najlepszym wypadku, leżałabym teraz w szpitalu.
Tak naprawdę, to rozpoczęcie jedzenia, było chyba najbardziej ryzykowną i przerażającą decyzją jaką podjęłam w życiu, bałam się jak niczego innego. Pytałam średnio 15 razy/dzień, mojej starszej siostry, czy jak będę jeść i przytyję, to czy cały czas się będzie do mnie odzywać. (Wiem, wiem...głupota! :)) Czasami płakałam, że mam już dość, że nic mi nie smakuje, na początku czułam się jak wieloryb (dosłownie), walczyłam z uczuciem, że zamiast krwi, krąży w moich żyłach jedzenie... Na początku było najtrudniej, później wszystko zaczynało nabierać jakiegoś większego sensu.
Jeżeli jesteś osobą chorą i to czytasz, wydaje Ci się to nierealne, to byłam w takim samym punkcie. Jeśli masz w sobie choć trochę chęci i resztki sił, to już masz przewagę nad chorobą! Tylko zacznij teraz, nie jutro. Najlepiej byłoby zacząć już wczoraj. :)
No i jeszcze muzyka! Pamiętam, że to była pierwsza piosenka, jakiej posłuchałam, gdy po bardzo długiej przerwie, po raz pierwszy pozwolono mi w szpitalu wyjść na spacer:
Tu kliknij! Pierwszy wdech świeżego powietrza, po siedzeniu non stop w sali szpitalnej... :)
![]() |
| "Co Cię powstrzymuje? No właśnie. NIC." |
-Gabi




Komentarze
Prześlij komentarz