Uzależnienie od ćwiczeń
Cześć Kochani! ❤
Dzisiejszy post dotyczy uzależnienia od wysiłku fizycznego. Zjawisko to, bardzo często pojawia się jeszcze przed najgorszym punktem choroby- można powiedzieć, że jest to jeden z objawów. W wielu przypadkach takie uzależnienie, niestety zostaje z ludźmi do końca życia. Sama się z tym borykałam w chorobie i do tej pory mam swego rodzaju "zespół abstynencyjny".
Wysiłek fizyczny jest świetny, nasze ciało jest stworzone do ruchu i nie neguję hasła, że sport to zdrowie. Problem rozpoczyna się wtedy, gdy ćwiczymy nie dla przyjemności samej w sobie, ale dla spalania kcal, czy sprostania jakimś nienaturalnie kreowanym wzorcom sylwetki. Czasami też pojawia się ćwiczenie, która usprawiedliwiamy poprawą samopoczucia- rozumiem, że przy wysiłku uwalniane są endorfiny i da się chwilowo zapomnieć o problemach. Czerwona lampka powinna się zapalić gdy jesteśmy w punkcie, w którym dany problem ciągle powraca lub narasta, a my zamiast rozwiązać go na realnej płaszczyźnie, zwiększamy ilość ćwiczeń do ekstremalnego poziomu, bo to nam "pomaga".
Nie wiadomo przed czym tak naprawdę uciekamy, ale ukojenie znajdujemy w wysiłku fizycznym. Tam możemy się "wykazać", odczuwamy chwilowe zwycięstwo nad postawionym sobie wyzwaniem, mamy poczucie ciągłej kontroli, doprowadzając się do skrajnego wyczerpania, a zmęczenie i pot dają "pozwolenie na jedzenie". I tak oto, mamy cały chorobowy pakiet, dzięki jednej czynności...
Ćwiczenia i treningi jakie mam na myśli, to nie pójście dla przyjemności na basen, wyprawa od czasu do czasu na rower, pójście w góry, na spacer, rozciąganie się, czy bieganie z koleżanką 2 razy w tygodniu. Mam na myśli specyficzny rodzaj chorobowego ćwiczenia- kiedy musisz codziennie pójść na siłownię, lub skakać przed laptopem w domu i najlepiej nikomu nie mów, że ćwiczysz. Taki rodzaj wysiłku nie przynosi satysfakcji, ale zamiast tego daje niezdrowe poczucie wyższości nad innymi. Wykonywanie takich ćwiczeń przestaje w pewnym momencie męczyć fizycznie, a organizm już nawet się nie poci i nie rozgrzewa. Męczy się jednak bardzo mocno psychika, bo nigdy nie jest się wystarczająco dobrym, nigdy nie jest się w stanie dorównać innym, a nie ma przecież miejsca na dzień odpoczynku. Pojawia się paraliżujący strach przed zgubieniem efektów i postępów, zatraceniem rutyny, czy utratą kontroli. Po za tym, ciągle towarzyszy nam przekonanie, że "skoro jem, to muszę ćwiczyć"- to właśnie jest kluczowa myśl, która odróżnia ruch u osoby chorej, od wysiłku u osoby zdrowej. Nigdy nie powinniśmy szukać jakiegokolwiek połączenia pomiędzy jedzeniem, a ćwiczeniem. Nie ćwiczymy po to by jeść i nie jemy po to, by ćwiczyć! Gdy jest inaczej, wpadamy w pułapkę, z której trudno się uwolnić. Ja sama w pewnym momencie choroby, dostając "kategoryczny zakaz ćwiczeń" ze względu na niską wagę, powiedziałam, że w takim razie przestaję jeść. (Anoreksja kocha ćwiczenia!)
Życie osoby z ćwiczeniową obsesją, przepełnione jest także strachem przed wyjazdami, zmianą miejsca pobytu czy wyjściem na posiłek. Wszystko, co jest związane z ryzykiem utraty "formy", opuszczenia treningu, czy jedzenia innego, niż zwyczajowo, budzi ogromny lęk. Można by powiedzieć, że wszystko odbiegające od rutyny, co mogłoby świadczyć o utracie kontroli. (Wracamy do punktu wyjścia- nadmierna kontrola, czyli jeden z bardziej widocznych objawów, u osób chorujących na zaburzenia odżywiania.)

Jeżeli już jesteśmy w tym wszystkim mocno pogrążeni, to nie jest łatwo przestać ćwiczyć, a jeszcze trudniej kogoś powstrzymać przed ćwiczeniem. Znam wiele przypadków (włącznie ze swoim)ćwiczenia nocami, na oddziałach, w łazienkach, oddychania z "napinanym" brzuchem, czy leżenia z napinanymi mięśniami u nóg i rąk. Samo to, że gdy w szpitalu panował zakaz ćwiczeń, to my, mając do dyspozycji 50m korytarza, chodziłyśmy po nim bez przerwy (średnio po 2,5h). W rękach mając gazetę, książkę i krzyżówki, dreptałyśmy tak, tam i z powrotem, od posiłku do posiłku...byle nie siedzieć! Mnie, gdy chorowałam, przed ćwiczeniem nie powtrzymało nic- żadne gorsze samopoczucie, widoczny spadek masy ciała, żaden brak czasu, czy widocznie wypadające włosy. Zignorowałam suchą skórę i zimno... nie zadziałał na mnie żaden zakaz i sonda w nosie też nie.
I fakt, że teraz zrobiła się ta cała "fit moda" jest dla mnie bardzo męczący. Nie toleruję tych wszystkich "siłowniowych" motywacji- wmawiania, że tylko w ten sposób udowodnię światu swoją siłę, drażnią mnie dziewczyny, które do śniadania wsypują miarki odżywki białkowej i podejrzany jest dla mnie spory przyrost ilości trenerów personalnych. Do tego jeszcze doliczmy ciągłe nowinki o kolejnych magicznych dietach, niezdrowych produktach i ciągła gadanina o dietach "paleo, keto, gluten free, itd."
Mam czasami wrażenie, że celem tego wszystkiego, jest sprawienie, żebyśmy my- jako ludzie, nie czuli się wystarczająco dobrze takimi, jakimi jesteśmy. Daliśmy sobie wmówić, że zdrowie to konkretny rozmiar, konkretna dieta i konkretna sylwetka, że poczucie szczęścia i spełnienia zależy od % tkanki tłuszczowej. Mamy pretensje do naszego organizmu o "nie takie nogi, nie taki brzuch, za dużo tłuszczu na udach, za mało siły, za grube kostki, itd.", a nie umiemy podziękować za to, że on za nas pompuje krew, oddycha, czy przesyła impulsy nerwowe. Czasami męczymy się do granic wytrzymałości, by coś zmienić, a zapominamy że jesteśmy tylko i aż, "mieszkańcami" swojego ciała do końca życia.
Jestem tym bardzo wykończona, nie potrafię w 100% wyrwać się z tego wszystkiego i ciągle bardzo zazdroszczę osobom, które trenują (dla celów sportowych!!!) jakąś konkretną dyscyplinę, wciąż pojawia się u mnie jakiś niepokój, że nie ćwiczę, poczucie, że coś tracę. Chciałabym wrócić do takiego zdrowego sportu- jak wtedy, gdy jeszcze nie byłam chora, bez przymusu, bez łączenia tego z jedzeniem, bez porównania się...jednak anoreksja sprawia, że wciąż nie mogę. Gdy tylko próbuję, kończy się to katastrofą- zawsze chcę (niekończącego się) więcej. Może to trochę tak, jakby dać osobie na odwyku alkoholowym "tylko drinka".
Nie zrozumcie mnie źle- sport jest świetny, ale dla osób zdrowych. Każdemu polecam codzienny spacer-czy to samemu, czy z kimś, z muzyką w uszach, lub w ciszy, nieważne czy w mieście, czy w lesie- mózg potrzebuje się "przewietrzyć" niezależnie od pogody i humoru! Rozciąganie się przed spaniem, czy o poranku też jest jak najbardziej wskazane.😌 Jednak wysiłek fizyczny powinien być zawsze formą rozrywki, a nigdy przymusem lub karą dla siebie samego!
-Gabi



Komentarze
Prześlij komentarz