Zdrowi- niezdrowi
Cześć Kochani! ❤
Dzisiaj będzie krótko (obiecuję 😊), ponieważ ostatnio jestem bardzo zajęta...
Wspominałam kiedyś, że wyższa waga nie oznacza, że jesteśmy zdrowi- waga wskazuje tylko na to, że powoli zmniejsza się ryzyko wystąpienia powikłań somatycznych choroby. Wiele osób uważa, że anoreksja odpuszcza wraz ze zwiększaniem ilości zjadanego jedzenia...a to zdecydowanie nie jest prawdą!
Dlaczego nie lubimy słyszeć: ,,o! wyzdrowiałaś", ,,super, że wreszcie z tego wyszłaś!"?
Bo nie wyzdrowieliśmy!
Wciąż się męczymy i mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Codziennie wstajemy i musimy walczyć z samym sobą, o samego siebie. Dzisiaj krótko opiszę, jak to wygląda z mojej perspektywy...
-Każdego poranka czuję, że nie powinnam jeść śniadania... Wtedy po prostu "przywiązuję się do krzesła", żeby je w siebie wmusić. Boję się odpuścić raz, bo wiem, że kolejnego dnia (i przez kolejne tygodnie i miesiące) scenariusz się powtórzy...
-Gdy widzę w restauracji, że na moim daniu jest składnik, którego się boję, mam powbijane ze strachu paznokcie, żeby zjeść zamiast znowu uciekać...
-Każdy ,,zwyczajny" posiłek z rodziną, siedzenie ,,spokojnie" przy jedzeniu, to dla mnie nieustanie przewijające się wyobrażenia, jak tyję w nieskończoność.
-Wchodząc do piekarni czuję dreszcze, bo na chlebie nie ma napisanego składu.
-Non stop analizuję ile już zjadłam, ile jeszcze muszę zjeść, żeby znowu nie skończyć na głodowych porcjach. Czasami godzinę zegarową zajmuje mi podjęcie decyzji, czy mogę sobie "zaliczyć" zjedzone jabłko jako 50kcal, czy muszę to 50kcal dojeść z czegoś innego.
-Zjedzenie kawałka tortu z okazji czyichś urodzin, powoduje tak ogromną nienawiść do samej siebie, że zazwyczaj grzecznie odmawiam i dziękuję. Nie jestem w stanie po prostu znieść aż tyle. W końcu to ja później zostaję sama i patrząc na siebie w lustrze, widzę jak odbijają się cyferki kilogramów i zjedzonych kcal.
Cały dzień zmagam się z jedzeniem- podstawową, zwyczajną czynnością, która powinna być przyjemnością. Z czymś, o czym nikt inny nie myśli w kategoriach lęku, czy nienawiści.
Ja chcę jeść i chcę normalnie funkcjonować, ale nie potrafię, bo wciąż żyję z chorobą- prostu lepiej ją ,,znoszę" niż kiedyś. Czasami dalej zdarza się, że nie wszystko zależy ode mnie, nie zawsze mam wybór i możliwość podjęcia świadomej decyzji.
I wiem, że patrząc na sytuację z zewnątrz- zdroworozsądkowo, może się to wydawać komiczne, pozbawione sensu i niezrozumiałe..."bo wyglądam zdrowo".
Ja sama tego nie rozumiem...Ja tylko wiem, że chorując, wszystko co się czuje, widzi i przeżywa, istnieje naprawdę.
Tradycyjnie- coś do posłuchania. Klik.
-Gabi
Dzisiaj będzie krótko (obiecuję 😊), ponieważ ostatnio jestem bardzo zajęta...
Wspominałam kiedyś, że wyższa waga nie oznacza, że jesteśmy zdrowi- waga wskazuje tylko na to, że powoli zmniejsza się ryzyko wystąpienia powikłań somatycznych choroby. Wiele osób uważa, że anoreksja odpuszcza wraz ze zwiększaniem ilości zjadanego jedzenia...a to zdecydowanie nie jest prawdą!
To jest tak, że chorujący, który nauczył się już działania choroby, stara się za wszelką cenę anoreksję zagłuszyć, wyciszyć i nauczyć się z nią funkcjonować na tyle, na ile jest w stanie.
Bo nie wyzdrowieliśmy!
Wciąż się męczymy i mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Codziennie wstajemy i musimy walczyć z samym sobą, o samego siebie. Dzisiaj krótko opiszę, jak to wygląda z mojej perspektywy...
-Każdego poranka czuję, że nie powinnam jeść śniadania... Wtedy po prostu "przywiązuję się do krzesła", żeby je w siebie wmusić. Boję się odpuścić raz, bo wiem, że kolejnego dnia (i przez kolejne tygodnie i miesiące) scenariusz się powtórzy...
-Każdy ,,zwyczajny" posiłek z rodziną, siedzenie ,,spokojnie" przy jedzeniu, to dla mnie nieustanie przewijające się wyobrażenia, jak tyję w nieskończoność.
-Wchodząc do piekarni czuję dreszcze, bo na chlebie nie ma napisanego składu.
-Non stop analizuję ile już zjadłam, ile jeszcze muszę zjeść, żeby znowu nie skończyć na głodowych porcjach. Czasami godzinę zegarową zajmuje mi podjęcie decyzji, czy mogę sobie "zaliczyć" zjedzone jabłko jako 50kcal, czy muszę to 50kcal dojeść z czegoś innego.
-Zjedzenie kawałka tortu z okazji czyichś urodzin, powoduje tak ogromną nienawiść do samej siebie, że zazwyczaj grzecznie odmawiam i dziękuję. Nie jestem w stanie po prostu znieść aż tyle. W końcu to ja później zostaję sama i patrząc na siebie w lustrze, widzę jak odbijają się cyferki kilogramów i zjedzonych kcal.
Cały dzień zmagam się z jedzeniem- podstawową, zwyczajną czynnością, która powinna być przyjemnością. Z czymś, o czym nikt inny nie myśli w kategoriach lęku, czy nienawiści.
Ja chcę jeść i chcę normalnie funkcjonować, ale nie potrafię, bo wciąż żyję z chorobą- prostu lepiej ją ,,znoszę" niż kiedyś. Czasami dalej zdarza się, że nie wszystko zależy ode mnie, nie zawsze mam wybór i możliwość podjęcia świadomej decyzji.
I wiem, że patrząc na sytuację z zewnątrz- zdroworozsądkowo, może się to wydawać komiczne, pozbawione sensu i niezrozumiałe..."bo wyglądam zdrowo".
Ja sama tego nie rozumiem...Ja tylko wiem, że chorując, wszystko co się czuje, widzi i przeżywa, istnieje naprawdę.
Tradycyjnie- coś do posłuchania. Klik.
-Gabi



Komentarze
Prześlij komentarz