Ból chorowania
Dzień dobry, dobry wieczór! ❤
Planowałam już tutaj nie wracać, bo uznałam, że wyczerpałam temat (a przede wszystkim siłę). Blog był już nawet usunięty, ale zbieg kilku wydarzeń i okoliczności spowodował, że może coś jeszcze będzie się tutaj pojawiać. 😉 (Ostrzegam na wstępie: dzisiejszy post będzie mało optymistyczny. Będzie po prostu...prawdziwy.)
Nie lubię stwierdzenia, że "anoreksja jest wołaniem o uwagę", bo to ogromne niedopowiedzenie i uproszczenie. Zgodzę się jednak, że jest to "krzyk" i zdecydowanie spowodowany bólem. Według mnie, przyczyną anoreksji jest przewlekły, totalny, wewnętrzny ból, który następnie staje się niezbywalnym objawem, towarzyszącym na każdym etapie choroby. Odchudzanie, ćwiczenia, liczenie kcal, kontrolowanie otoczenia i inne chorobowe schematy, to tylko nieudolne próby poradzenia sobie z czymś obezwładniającym. Szukamy metody, by zagłuszyć to czego my nie rozumiemy, a inni nawet nie są w stanie tego zobaczyć. Na bolącą głowę można wziąć paracetamol, ale na "bolące wszystko" mało która tabletka zadziała.
To właśnie ból nas "zżera" najpierw od środka. Samopoczucie, charakter, uczucia, nasze "bycie"- to wszystko najpierw zaczyna chorować na anoreksję. Jesteśmy wewnątrz spustoszeni, wykończeni przez samych siebie i okropnie zmarznięci. Czujemy coraz większą presję, by to wszystko zagłuszyć i staramy się zwalczyć to co boli. Gdy nasze "radzenie sobie" osiąga stadium, w którym inni zaczynają dostrzegać cokolwiek niepokojącego, zazwyczaj jest już bardzo późno...
W miarę narastania objawów choroby, my- chorzy, zauważamy, że paradoksalnie- im mniej "zajmujemy przestrzeni", tym bardziej ktoś nas widzi. Dopiero przy dużej utracie masy ciała, ktoś słucha, uwierzy i "da nam prawo", by się źle się czuć. (Myślę, że to jest tym tzw. wołaniem o uwagę.) Zdarza się, że w naszym otoczeniu zaczynamy istnieć, dopiero po jasnym stwierdzeniu diagnozy: Anorexia Nervosa. I to jest jeden z powodów, przez który boimy się jeść i próbować wyzdrowieć- ryzyko ponownego bycia "niewidzialnym". A mało kto rozumie, że można wewnętrznie rozpadać się z bólu, nie będąc wychudzonym.
Każdy posiłek i każdy wracający kilogram, wywołuje ponowną analizę zysków i strat. To nie jest walka o sylwetkę, czy o cyferki na wadze...To jest walka ze strachem, że staniemy się niezauważalni, niewystarczający czy nieprzydatni. Lęk, że wrócą nasze "punkty spustowe", które ponownie wywołają ból.
Jesteśmy wtedy w sytuacji, w której możemy próbować za wszelką cenę zrozumieć, "dokopać się" do źródła i starać się zniszczyć to, co nas niszczy. Albo bez zastanowienia, wracamy do swoich utrwalonych, prostych, chorobowych sposobów, które choć na chwilę zagłuszą wewnętrzny ból, przyniosą chwilowy spokój i (złudne) poczucie, że sobie radzimy.
(Dla zilustrowania: to jak z gwoździem wbitym w stopę- można go próbować wyjąć, cierpiąc przy tym z bólu przez jakiś czas. Gdy wszystko się uda, to po jakimś czasie rana powinna się zagoić, przestać boleć i ewentualnie zostanie drobna blizna. Można też zostawić gwóźdź w stopie, kuleć na jedną nogę, patrzeć na postępujące niszczenie tkanek, znosić drażniący, nieustanny ból, czekać aż skóra obrośnie gwóźdź i liczyć, że nie wda się zakażenie. (Wiem, wiem...barwna metafora. 😉)).
Według mnie, nie ma tutaj prostego rozwiązania, a decyzja wcale nie jest oczywista. Czasami słyszę teorie, że "każdy człowiek ma wystarczającą ilość siły, do walki z przeciwnościami, które spotyka". Nie wiem czy tak jest, bo w stosunku do chorób, nie jesteśmy "aż" ludźmi, ale jesteśmy TYLKO ludźmi...
*,,Pielęgniarki" C. Watson (bardzo polecam, tak swoją drogą!)
A na koniec, załączam fragment mojej "szpitalnej twórczości"- napisane na szpitalnym patio, dokładnie dwa lata temu. 😊
Planowałam już tutaj nie wracać, bo uznałam, że wyczerpałam temat (a przede wszystkim siłę). Blog był już nawet usunięty, ale zbieg kilku wydarzeń i okoliczności spowodował, że może coś jeszcze będzie się tutaj pojawiać. 😉 (Ostrzegam na wstępie: dzisiejszy post będzie mało optymistyczny. Będzie po prostu...prawdziwy.)
Czytając książkę, natknęłam się na zdanie, które zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego wpisu:
,,Nie ma krzyku bólu głośniejszego od tego, wydawanego przez osobę jedzącą tak mało, że grozi jej śmierć."*
Zatrzymałam się z czytaniem na dobre 10 minut. Nie dlatego, że czegoś nie zrozumiałam, ale wręcz przeciwnie- dlatego, że wciąż rozumiem to aż za bardzo.Nie lubię stwierdzenia, że "anoreksja jest wołaniem o uwagę", bo to ogromne niedopowiedzenie i uproszczenie. Zgodzę się jednak, że jest to "krzyk" i zdecydowanie spowodowany bólem. Według mnie, przyczyną anoreksji jest przewlekły, totalny, wewnętrzny ból, który następnie staje się niezbywalnym objawem, towarzyszącym na każdym etapie choroby. Odchudzanie, ćwiczenia, liczenie kcal, kontrolowanie otoczenia i inne chorobowe schematy, to tylko nieudolne próby poradzenia sobie z czymś obezwładniającym. Szukamy metody, by zagłuszyć to czego my nie rozumiemy, a inni nawet nie są w stanie tego zobaczyć. Na bolącą głowę można wziąć paracetamol, ale na "bolące wszystko" mało która tabletka zadziała.
To właśnie ból nas "zżera" najpierw od środka. Samopoczucie, charakter, uczucia, nasze "bycie"- to wszystko najpierw zaczyna chorować na anoreksję. Jesteśmy wewnątrz spustoszeni, wykończeni przez samych siebie i okropnie zmarznięci. Czujemy coraz większą presję, by to wszystko zagłuszyć i staramy się zwalczyć to co boli. Gdy nasze "radzenie sobie" osiąga stadium, w którym inni zaczynają dostrzegać cokolwiek niepokojącego, zazwyczaj jest już bardzo późno...
W miarę narastania objawów choroby, my- chorzy, zauważamy, że paradoksalnie- im mniej "zajmujemy przestrzeni", tym bardziej ktoś nas widzi. Dopiero przy dużej utracie masy ciała, ktoś słucha, uwierzy i "da nam prawo", by się źle się czuć. (Myślę, że to jest tym tzw. wołaniem o uwagę.) Zdarza się, że w naszym otoczeniu zaczynamy istnieć, dopiero po jasnym stwierdzeniu diagnozy: Anorexia Nervosa. I to jest jeden z powodów, przez który boimy się jeść i próbować wyzdrowieć- ryzyko ponownego bycia "niewidzialnym". A mało kto rozumie, że można wewnętrznie rozpadać się z bólu, nie będąc wychudzonym.
Każdy posiłek i każdy wracający kilogram, wywołuje ponowną analizę zysków i strat. To nie jest walka o sylwetkę, czy o cyferki na wadze...To jest walka ze strachem, że staniemy się niezauważalni, niewystarczający czy nieprzydatni. Lęk, że wrócą nasze "punkty spustowe", które ponownie wywołają ból.
Jesteśmy wtedy w sytuacji, w której możemy próbować za wszelką cenę zrozumieć, "dokopać się" do źródła i starać się zniszczyć to, co nas niszczy. Albo bez zastanowienia, wracamy do swoich utrwalonych, prostych, chorobowych sposobów, które choć na chwilę zagłuszą wewnętrzny ból, przyniosą chwilowy spokój i (złudne) poczucie, że sobie radzimy.
(Dla zilustrowania: to jak z gwoździem wbitym w stopę- można go próbować wyjąć, cierpiąc przy tym z bólu przez jakiś czas. Gdy wszystko się uda, to po jakimś czasie rana powinna się zagoić, przestać boleć i ewentualnie zostanie drobna blizna. Można też zostawić gwóźdź w stopie, kuleć na jedną nogę, patrzeć na postępujące niszczenie tkanek, znosić drażniący, nieustanny ból, czekać aż skóra obrośnie gwóźdź i liczyć, że nie wda się zakażenie. (Wiem, wiem...barwna metafora. 😉)).
Według mnie, nie ma tutaj prostego rozwiązania, a decyzja wcale nie jest oczywista. Czasami słyszę teorie, że "każdy człowiek ma wystarczającą ilość siły, do walki z przeciwnościami, które spotyka". Nie wiem czy tak jest, bo w stosunku do chorób, nie jesteśmy "aż" ludźmi, ale jesteśmy TYLKO ludźmi...
*,,Pielęgniarki" C. Watson (bardzo polecam, tak swoją drogą!)
A na koniec, załączam fragment mojej "szpitalnej twórczości"- napisane na szpitalnym patio, dokładnie dwa lata temu. 😊
Miało być krótko, a wyszło jak zawsze...😉 Trzymajcie się!
- G.
*szpitalne radio nigdy nie zawodziło- muzyka zawsze była adekwatna do sytuacji 😏






Komentarze
Prześlij komentarz