Starać się być bardziej...
Dzień dobry Kochani! ❤
Dzisiejszy wpis będzie mało "jedzeniowy", a będzie bardziej refleksyjny. (Moim problemem, jest to, że "za dużo myślę" i w dodatku muszę się zawsze tym podzielić 😅). Chciałam się odnieść do tego, czym skończyłam ostatni post. Napisałam wtedy, że są sytuacje, w których jesteśmy TYLKO ludźmi. Przecież tak często czujemy się słabi, pokonani, chorujemy, czy przeżywamy jakiś swój osobisty koniec. Myślę, że sporo osób wie, jak to jest, gdy tak trudno otworzyć rano oczy...
Choć nigdy wcześniej tego nie dostrzegałam, to teraz odnoszę wrażenie, że tam gdzie jeden człowiek nie ma już siły, tam pojawia się miejsce, żeby ktoś inny "był dwa razy bardziej". Chodzi o to, by obok kogoś słabszego być AŻ człowiekiem. Nie mam na myśli udowadniania jakiejś własnej mocy, pocieszania, udzielania porad i nie chodzi mi też o (najgorsze na świecie powiedzenie): "weź się w garść". Chodzi o to, żeby umieć dostrzec i wypełnić to czyjeś niedomaganie.
![]() |
| tak, tak- to moja kawa 😉 |
Co mnie skłoniło do napisania takiego postu?
Zobaczyłam takiego AŻ człowieka na praktykach w szpitalu. Było to na oddziale pediatrii, gdy zajmowałam się 6-letnią dziewczynką (G.). G. ze względu na duszność, musiała doraźnie stosować tlen, a ja co 2h przychodziłam i monitorowałam jej saturację, tętno, liczbę oddechów, przepływ tlenu i wszystko notowałam w karcie obserwacji.
Kim był ten AŻ człowiek? Mamą G., która siedziała przy łóżku dziewczynki bez przerwy. Nie chodzi mi tutaj o samo "siedzenie", choć mam ogromny szacunek i podziwiam wszystkich rodziców, którzy spędzają przy swoim chorym dziecku prawie 24h! Chodzi mi o momenty, w których ja wchodziłam na salę, a mama dziewczynki od razu mówiła, że ona mi może podać wartości, bo sama od 3 lat, co godzinę liczy córce oddechy, "bo taki ma nawyk". Pokazała mi też, pod którym żebrem G. najbardziej lubi mieć poduszkę i wtedy najmniej kaszle, potrafiła mi też podać największą i najmniejszą wartość tętna, która wystąpiła u jej córki w przeciągu 12h.
Ktoś może pomyśleć, że "każdy by się tego nauczył mając blisko kogoś chorego". Nie, nie każdy. I też nie chodzi mi tutaj o podziwianie umiejętności Mamy, wykonującej regularne pomiary. Po prostu ja zobaczyłam istotę, prawdziwy przykład jak "być dla kogoś AŻ". Było to coś, co otworzyło mi oczy, że tak niewiele, a zarazem tak dużo można zrobić, gdy ktoś obok sam nie daje rady. Przecież Mama G. właściwie tylko patrzyła...ale ona patrzyła i widziała. A jest wiele osób, które patrzą, ale widzieć nie potrafią, lub po prostu nie chcą.
Ciągle mam przed oczami siebie sprzed 2 lat, gdy miałam pretensje do świata, że znów się obudziłam, a przecież już nie mam siły. Nie chciałam już dłużej znosić zimna, głodu i kłótni. Kilka miesięcy później, dziękowałam, że już nie muszę spać w rękawiczkach, a w ciągu dnia mogę wyjść na godzinny spacer. (Do tej pory dziękuję.)
Jak to się stało...? Miałam to szczęście, by trafiać dookoła na ludzi, którzy "potrafili dla mnie bardzo być". Kogoś, kto mi kupił wtedy ulubiony czerwony koc, kogoś, kto kupił moje ulubione nutridrinki, kogoś, kto pobrał krew cieńszą igłą, kogoś, kto przeglądał godzinami fora internetowe, żeby znaleźć nieistniejące rozwiązanie, kogoś, kto rano robił mi kawę i nie komentował, że piję ją w rękawiczkach, kogoś kto kupił mi jabłka i wafle ryżowe, gdy nic innego nie byłam w stanie jeść, kogoś kto przyszedł na moją salę szpitalną i po prostu patrzył, kogoś, kto pilnował mnie przy każdym posiłku i odmierzał mi porcje... Mam tu na myśli kilka konkretnych osób i każda z nich dała coś od siebie, gdy ja czułam się TYLKO bezsilnym człowiekiem. Oni tym swoim "niewielkim" wysiłkiem, wypełniali moje niedomagania.
Do tej pory zdarzają się miesiące, w których kilka razy myślę, że to już mój koniec, że już nie mam na nic więcej siły. Czasem mnie samej trudno jest uwierzyć, że o godzinie 18.00 jestem na zajęciach, a 2h później przychodzi taka ciemność, że żałuję, że wciąż podejmuję próby funkcjonowania "jak zdrowy człowiek". Daję z siebie wszystko, żeby po prostu żyć i znaleźć jakiś balans, ale czasami moje "wszystko" jest niewystarczające. I tutaj znowu, często zupełnie przypadkowo, ktoś okazuję się być AŻ człowiekiem. Bo po prostu posłucha, bo nie powie, że "przesadzam", bo nie będzie mieć pretensji, bo wyślę mu "smutną piosenkę" i też jej posłucha, bo nie będzie bezsensownie pocieszać.
Nie musimy robić dużo. Czasami wystarczy odpowiednio spojrzeć, czasami poprawić kawałek poduszki, czasami ustąpić miejsca w tramwaju, czasami policzyć oddechy, czasami wysłać "😊" w SMSie. A czasami naprawdę trzeba kogoś podnieść z podłogi...ale nie stawiajmy takiej osoby od razu na nogi, a sadzajmy ją bardzo powoli.
I wiem, że nie jest prosto, bo każdemu zdarza się, że brak czasu, cierpliwości czy zrozumienia. Ale starajmy się choć na chwilę spojrzeć w każdego "głębiej" i zobaczyć, czy ta osoba właśnie AŻ nas nie potrzebuje.
(A jeżeli czyta to ktoś, komu jest teraz bardzo trudno, to przypomnijcie sobie wszystkie sytuacje, w których myśleliście, że już dłużej nie dacie rady, że to koniec- a jednak daliście radę, bo wciąż jesteście! ❤)
Koniec mojej weekendowej refleksji😊. Miłego dnia,
-Gabi




Komentarze
Prześlij komentarz