2 lata...

Cześć Kochani!
Dzisiejszy post powstał z okazji 2. "rocznicy" mojego wyjścia z Oddziału Zaburzeń Odżywania. Czas przeleciał bardzo szybko. Dokładnie pamiętam, jak bardzo się stresowałam 06.04.2017r. przed porannym, szpitalnym ważeniem. Nie spałam od 4, bo bałam się, czy na pewno udało mi się utrzymać wagę i czy wypuszczą mnie wreszcie do domu. 
Pamiętam też, że trzymając w ręce wypis, miałam nadzieję i (złudne) wrażenie, że wyjdę ze szpitala jako zdrowa osoba, bez żadnych problemów... Myślałam wtedy, że sonda w nosie, terapia w szpitalu, pobyt na oddziale zamkniętym (który był bardzo męczący!) i niezliczona ilość wypitych Nutridrinków, skutecznie odstraszyły chorobę... Oczywiście nie miałam racji. 
Kilka dni po wyjściu anoreksja znowu wygrywała, a ja udawałam, że nad wszystkim panuję. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim się "obudziłam" i zdecydowałam, że nie dam się znowu chorobie doprowadzić stanu zupełnego wyniszczenia. Ale dzisiaj nie o tym... 😉 
Dziś będzie o tym, jak to wszystko teraz wygląda. Trochę sukcesów i trochę porażek. Czy jestem zdrowa? Nie jestem. Ale udało mi jakoś "uśpić" chorobę.   
1. MUSZĘ liczyć kcal...
Choć bardzo tego nie lubię. Kiedyś liczyłam, by jeść jak najmniej. Teraz muszę się pilnować i szacować (mniej-więcej) ile zjadam, żeby mieć pewność, że nie jest to zbyt mała ilość. Po prostu mój organizm ciągle jeszcze nie wysyła jasnych sygnałów kiedy jest głodny, a ja nie czuję się na tyle pewnie, żeby na tych ewentualnych sygnałach polegać (czasami zupełnie nie odczuwam głodu).. Gdy próbowałam jeść zgodnie ze swoją "intuicją", niestety traciłam na wadze. 
2. Poszerzyłam jadłospis.
Na mojej liście posiłków widnieje już zdecydowanie więcej produktów niż jabłka i wafle ryżowe. Za jeden ze swoich większych "sukcesów", uznaję pokonanie strachu w stosunku do chleba, miodu i pierogów z kapustą...😉 Ale wciąż są też rzeczy, których nie zjem, np. czekolada. O ile gorzka już zyskała status "w porządku", to mleczna wciąż jest dla mnie "nie do przejścia"... 
3. Mój organizm ciągle jeszcze nie wrócił "do siebie".
Wciąż nie wszystko jest tak, jak być powinno. 😐 Robię co mogę, żeby pozbyć się tych wszystkich niedoborów i szkód jakie wyrządziła choroba, ale bez leków mój organizm nie funkcjonuje tak jak trzeba. 
4. Umiem dokonywać wyboru.
W większości przypadków już wiem, kiedy to choroba sprawia, że coś "muszę" zrobić. Jestem w stanie rozpoznać, czy patrząc na menu to ja decyduję o tym co zamówić, czy to choroba zmusza mnie do analizy każdego dania, kalkulacji kalorii, a w końcu do wyboru jak najmniej wartościowej, pod względem energetycznym potrawy. 
To samo jest w sklepach- już się nauczyłam, że same warzywa nie zapewnią mi przeżycia na kolejne kilka dni, a to jedynie głos choroby wmawia, że nic innego się "nie nadaje".
5. Uczę się być "elastyczna"....
Jeżeli chodzi o godziny posiłków, to jest to mój bardzo (baaaaaardzo!) wrażliwy punkt. Moi bliscy wiedzą, jak trudno mi porzucić schemat jedzenia (ciągle jeszcze stosuję taki, do którego przyzwyczaiłam się w szpitalu). Miałam nawet etap, w którym nie napiłabym się wody, gdyby miało to nie być w trakcie "godziny jedzeniowej". Minuta w jedną, czy w drugą stronę też mogła zadecydować o tym, czy coś zjem, czy cały posiłek "przepadł"... 
Do tej pory się z tym zmagam, ale jest lepiej. Ciągle odczuwam bardzo duży dyskomfort, gdy muszę jeść o innych godzinach niż moje "ulubione". Ale różnica jest taka, że teraz już jem...a kiedyś nic bym nie przełknęła. To studia mnie tego nauczyły- obecnie, w trakcie praktyk nie mam wyboru i mogę iść na posiłek tylko wtedy, gdy ktoś pozwoli nam na przerwę. 
Czy mi się to podoba? Nie. Ale mam tą świadomość, (której kiedyś nie miałam) że jeść po prostu muszę. 

6. Nie muszę się co chwilę ważyć.
I to jest super! 😊
7. Umiem przyznać, że coś mi smakuje!
Kiedyś nigdy nie powiedziałabym, że jakiś posiłek lub produkt "jest dobry". Bo miałam poczucie porażki, wstydu przed samą sobą.Teraz, powoli zdobywam się na odwagę i potrafię coś pochwalić. 
8. Stresuje mnie częstowanie...
...i już brakuje mi wymówek. Najczęściej automatycznie odmawiam, gdy ktoś tylko zaproponuje mi coś do jedzenia, lub gdy próbuje czymś poczęstować. Pojawia się w takich momentach strach, który po prostu obezwładnia. Wciąż nie jestem w stanie zjeść czegoś, co ktoś inny położył mi na talerzu, lub czegoś, czego sama z siebie bym nie wzięła. Wiąże się to niestety z tym, że raczej tortów na urodzinach nie jadam...

9. Jest pusto...
Choroba zostawiła pustkę. Przykro jest to przyznać, ale wciąż nic nie pochłonęło mnie w takim stopniu i nie wypełniło całego życia tak bardzo, jak anoreksja. I to pokazuje siłę tej choroby. Mimo tego całego cierpienia jakie przynosi, to są momenty, w których po prostu się za nią tęskni...
10. Mogę funkcjonować! 
Może nie "w spokoju", ale nie grozi mi już bradykardia, ani "złamanie" się na wietrze. Mój układ odpornościowy nie jest już w tanie opłakanym i radzi sobie nawet w mocno "zakaźnych środowiskach"😉. Mogę wychodzić, mogę studiować, mogę biegać, mogę czytać i mogę żyć bez rurki w nosie...

Nie sądziłam, że to wszystko będzie mnie kosztować tyle wysiłku i myślałam, że będzie prościej, bo przecież "to tylko jedzenie"...Czy jest dobrze tak jak jest teraz? Na pewno jest lepiej niż 2 lata temu, jednak  zdecydowanie "to nie jest to". Nie jestem w miejscu, w którym chciałabym być i na pewno nie jest to moja definicja "zdrowia". Jeszcze długa droga przede mną.
Muzyka
Muzyka, muzyka :)
Krótki post, ale mam nadzieję, że trochę zaktualizował moją obecną sytuację. Dobrego dnia, trzymajcie się ciepło! ❤
-Gabi

Komentarze