#Życiowo

Cześć Kochani!
Nie wiem dokąd zmierza ten blog, bo tematyka zaburzeń odżywiania trochę przesuwa się na bok (i w sumie mnie to cieszy!). Mam teraz potrzebę pisania o tym, co się u mnie obecnie dzieje...a dzieje się dużo. Dzisiejszy post będzie krótkim wycinkiem z tego, czego codziennie doświadczam i czego mogę się uczyć od osób chorych.
Od lutego, 80% swojego czasu spędzam w oddziałach szpitalnych. Bywam wszędzie- od pediatrii zaczynając, na geriatrii i opiece paliatywnej kończąc. Widziałam już bardzo dużo, a jednak okazuje się, że ciągle bardzo niewiele. Mam tę możliwość codziennego spotkania prawdziwego człowieka, doświadczenia życia i śmierci z odległości kilku milimetrów. Sama jeszcze nie wiem czy to, że znajduję się gdzieś na drodze czyjegoś odejścia, czyjejś choroby, czy narodzin, to dla mnie zaszczyt, zadanie, zwyczajny element w trakcie dnia, czy może wszystko na raz...

Nie chcę tutaj robić z siebie "znawcy życia" i pisać, że przeszłam jakąś metamorfozę odkąd mam praktyki, bo to nie jest prawda. (Ciągle jestem zwykłą studentką, która ledwo znajduje czas na 4h snu, marzy tylko o tym, żeby odpocząć, a w między czasie próbuje przestać liczyć kcal, nie wpadać w kolejne depresyjne stany i zalewa 3. kawę z kolei. 😉) Po prostu chciałabym się podzielić tym, czym (nieświadomie) dzielą się ze mną pacjenci.
1. Są rzeczy ważne i ważniejsze.
Gdy rozmawia się z ludźmi, którzy już powoli odchodzą, przegrywając walkę z chorobą, większość z nich zapytana o rzeczy, których żałują, wymienia te trzy: 1. relacje- ludzie żałują, że gdy mieli taką możliwość, nie spędzali więcej czasu z osobami, na których im zależało, 2. wypowiadanie swoich myśli- wiele osób żałuje, że nie mówiło tego, co chciało powiedzieć, że zbyt często powstrzymywali się od powiedzenia czegoś, co w danym momencie uważali za istotne. 3. "bezcelowe" gromadzenie pieniędzy- nie chodzi tu o oszczędzanie na konkretny cel, by móc spełnić marzenia. Chodzi tu o odkładanie pieniędzy i skąpstwo, tylko po to, by "widzieć, że się ma", odmawianie sobie wszystkiego i ograniczenie każdej możliwej przyjemności...o dzieleniu się z innymi nie wspominając. Ludzie żałują, że nie korzystali z każdej danej im rzeczy i ze wszystkiego, na co ciężko pracowali. Zawsze myśleli, że "na to przyjdzie czas"... 
To chyba taka prosta lekcja o tym, co jest najważniejsze. Chciałabym umieć traktować każdą sekundę jak ten "właściwy czas, który już przyszedł"...bo przecież innego nie będzie.
2. Wszyscy jesteśmy tylko tkankami...
Czy to się komuś podoba, czy nie...jesteśmy po prostu grupą tkanek, w których zachodzi wiele procesów biochemicznych. Nic z organizmu po nas nie zostanie, ale okazuje się, że jedyne co człowiek może po sobie zostawić, to ile zdąży dać z siebie innym. Ciało to tylko "narzędzie", które ma nam służyć, ma umożliwiać jak najlepsze, jak najwydajniejsze funkcjonowanie. I oczywiście, trzeba o nie dbać, by wszystko "działało" jak powinno, ale należy też pamiętać, że to nie ono zostanie... Zostaje tylko to, co zapamiętają inni: jak się przy nas czuli gdy z nimi rozmawialiśmy, czego doświadczyli z naszej strony, co razem z nami przeżyli. 
Jeżeli całe nasze życie, będziemy zajmować się dbaniem jedynie o swoje ciało i jego fizyczny wygląd, to znikniemy z Ziemi razem z nim. Od nas zależy, czy zostawimy po sobie jakiś ślad....(i jaki on będzie!).

3. "To mnie nie dotyczy"...
Pisałam o tym kiedyś... Każdemu wydaje się, że: "chorują inni", "mnie nigdy nic nie boli", "jestem silna/-y", "zawsze sobie poradzę". Nikt nie jest przygotowany na moment, w którym nagle okazuje się, że "niemożliwe", staje się rzeczywistością i codziennością.
Pacjenci, których spotkałam też nie przewidzieli, że to właśnie oni zachorują lub będą mieli wypadek. Pan A. nie sądził, że w wieku 36 lat zdiagnozują u niego Stwardnienie Rozsiane. Przecież był młody, miał pracę i rodzinę, a teraz od 3 lat porusza się na wózku, jest karmiony przez PEG i powoli przestaje mówić. Pani M. nie przewidziała, że przy złamaniu kości udowej, lekarz zapyta o to "lekkie zgrubienie na brzuchu", które po kilku godzinach okazuje się być guzem zbyt zaawansowanym do leczenia. Pan W. 20 lat temu, gdy miał 41 lat, nie sądził, że jego "przeskoczenie przez niski płot na działce" będzie tak niefortunne, że uszkodzi kręgosłup i rdzeń kręgowy....dlatego już drugą dekadę leży, potrafiąc poruszać jedynie rękami i palcami u stóp. Pani B. w wieku 31 lat nie przewidziała, że to na nią "trafi" udar, który wyłączył ją z pełnienia roli Mamy dla synka i żony dla męża...a spowodował, że czasami przez 5 min. powtarza to samo (zupełnie pozbawione dla nas sensu) zdanie. 
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo właśnie z takimi historiami spotykam się codziennie. Wszystko może nas dotyczyć, a my, jako ludzie nie jesteśmy niezniszczalni. Choć bardzo by się chciało, to nie da się kontrolować i przewidzieć wszystkiego. Takie zdarzenia uczą dużej pokory względem życia i pozwalają dostrzec ogromne znaczenie chwili...
4. Duże znaczenie małych rzeczy.
Doceniłam wartość "banalnego" uśmiechu, dopiero wtedy, gdy po 8 tygodniach praktyk, pierwszy raz trafił nam się prowadzący, który po prostu się uśmiecha i traktuje nas "jak ludzi". Nauczyłam się doceniać każdy dzień, w którym mogę zjeść ciepły obiad. Jestem wdzięczna za każdy poranek, w którym budzik dzwoni po 6.00, a nie o 4.45... 
Ale to pacjenci są prawdziwymi mistrzami w pokazywaniu ogromnego znaczenia drobiazgów. Jeszcze chyba nikt mi nie dziękował tak bardzo, jak Pani M., której po porannej kąpieli, razem z koleżanką nałożyłyśmy balsam na skórę, a na końcu (tak jak Pani poprosiła) podałyśmy jej ulubione perfumy, żeby mogła się wyperfumować. Miała łzy w oczach, bo "poczuła się jak dawniej". Pamiętam, jak jedna pacjentka ze spokojem prosiła, żebym zawsze wchodząc na salę, sprawdzała czy radio gra (psuło się i samo wyłączało...), a ona chciała słuchać w momencie "odejścia", a sama nie ma siły włączać. Tak też robiłam: wchodziłam, włączałam...i za każdym razem słyszałam: "Dziękuję Kochana". 
Czasami wystarczy się uśmiechnąć (...choćby na siłę), czasami wystarczy poprawić poduszkę, czasami wystarczy poprawić kwiatka na stoliku, czasami zmienić opatrunek, nie komentując, że "rana jest okropna",  czasami wystarczy odpowiednio spojrzeć, a czasami porozmawiać "o pogodzie"... I człowiek się nie spodziewa, bo to "takie nic", a nagle usłyszy: "Dziękuję, że Pani tutaj tak... jest"

5. Skupienie na człowieku...
Tego nauczyłam się na oddziale... Starania się, by za każdym razem gdy podchodzę do pacjenta, (który jest po prostu drugim człowiekiem!) skupić się wyłącznie na nim i na zrobieniu wszystkiego jak najlepiej umiem. I mam świadomość tego, że nie zawsze mi to wychodzi, bo oczywiście wszystkiego się dopiero uczę i też jestem tylko człowiekiem. Ale wiem, że po prostu nie chcę, by ktokolwiek zobaczył, że "już nie mam siły, bo od 5h nic nie jadłam i to moja 12h na nogach", że "znowu czuję jak zbliża się do mnie fala depresji", że "prowadzący przed chwilą na nas krzyczał" albo, że "w domu się wszyscy pokłócili", itd. 
Zrozumiałam, że na to wszystko nie ma miejsca i czasu przy łóżku chorego, gdy zdarzało się, że byłam ostatnią osobą, która wykonywała jakąś czynność przy pacjencie, który po kilku godzinach odszedł. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że to właśnie mój głos będzie ostatnim, jaki ktoś usłyszy, moje wkłucie będzie ostatnim założonym, czy mój wyraz twarzy będzie ostatnim, jaki ktoś zobaczy... 
Ja mam jeszcze czas, by żyć swoimi problemami i mogę to robić za każdym razem, gdy odchodzę od łóżka chorego. On już najczęściej nie ma czasu i wyboru, co będzie ostatnimi rzeczami, których doświadczy przed "drogą"...


Ten wpis powstał, bo sama potrzebowałam gdzieś "wylać" z siebie to wszystko. Pisanie tutaj w pewien sposób "oczyszcza" mi głowę". 😊 Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam i, że przekaz jest w miarę prosty i zrozumiały. 

Trzymajcie się ciepło!
- Gabi

Komentarze