Jeszcze trochę...
Witam po przerwie!❤ W dzisiejszym wpisie znowu wraca temat jedzenia. Ostatnio na wizycie lekarskiej usłyszałam, że mimo prawidłowej, zupełnie normalnej wartości wskazywanej przez moją wagę (i BMI) powinnam jeszcze "zyskać" kilka kg. To wszystko dlatego, że mój organizm ciągle jeszcze nie funkcjonuje jak trzeba, zupełnie tak, jakby nie "zrozumiał", że jest bezpiecznie i głód mu nie grozi. Można sobie wyobrazić moją minę jak usłyszałam: "Dobrze by było, jakby dała Pani radę dorobić jakieś kilka drobnych kg."...
Byłam sfrustrowana, bo przecież "ja już nie chcę żadnych kg", a po za tym od najgorszego momentu mojej choroby dorobiłam już ponad 20kg, a ktoś nagle mówi, że to nie wystarcza. Dopiero chwilę później się zastanowiłam, popatrzyłam na problem z większego dystansu i dotarło do mnie, że mam przecież wybór pomiędzy dwiema możliwościami. To ja decyduję o tym:
1. Czy za jakiś czas będę mieć X kg więcej i może (wreszcie, po ponad 3 latach walki z chorobą) poczuję się jak zdrowy, 20- letni człowiek.
2. Czy za jakiś czas znów będę siedzieć u kolejnego specjalisty, lecząc osteoporozę, zaburzenia hormonalne i całą resztę z długiej listy powikłań anoreksji, bo zawzięcie się upieram i z całej siły wierzę, że taka waga jaką mam teraz jest jedyną świętą, właściwą i niezmienną.
Zdrowy rozsądek każe wybierać opcję pierwszą, bo przecież nie chcę na nic chorować. Wydawać by się mogło, że jak już "tyle" udało mi się zrobić w kierunku zdrowia, to dołożenie jakiegoś posiłku, nie będzie żadnym wysiłkiem. Ale...to nigdy nie jest takie proste. Wciąż istnieje zależność, że im bardziej mi zależy, tym bardziej słyszę chorobę.
Trudno jest jeść w świecie, który wciąż mówi, że jeść się nie powinno. Może jestem przeczulona na tym punkcie ze względu na anoreksję, ale czasami mam wrażenie, że wszędzie dookoła mamy kult(urę) diet...
Mój żołądek przeżywa kryzys, wszystkie niepewności, kompleksy i wątpliwości wypływają, gardło się zaciska, ciśnienie wzrasta, a strach eskaluje, gdy widzę wszechobecne sugestie jak mam wyglądać, co jeść, jakie cyferki są dobre, a jakie nie. Zaczyna się sezon, gdy mocno to wszystko narasta, a tylko dlatego, że jak co roku zbliża się lato, więc "trzeba się odpowiednio prezentować".
Udarze we mnie, gdy czytam nagłówki, że "Księżna Meghan roztyła się po ciąży", albo, że "dieta paleo wyleczyła depresję". Denerwuję się, gdy mijam witrynę piekarni, a tam "niewinne ciastka" (guilt-free cakes)... to oznacza, że wszystkie inne zjedzone, sprawiają, że jestem czemuś winna. Wchodzę do księgarni, sklepu z ubraniami, czy sklepu spożywczego, a na okładkach uśmiechnięci ludzie- koniecznie z sałatą, modelki o identycznych wymiarach i wszędzie "nowości" oraz cuda ze świata diet.
Mnie to bardzo, bardzo, bardzo mocno razi i równie mocno utrudnia jedzenie.
1. Niewinne, winne, dobre, złe, czyste... jedzenie.
Produkty spożywcze- kilka składników w papierku, określane są winnymi, niewinnymi, dobrymi i złymi. Takie samo określenie zostaje przypisywane ich konsumentom...
Już nikogo nie dziwią ciastka z przedrostkiem "niewinne" (guilt-free), które po prostu nie zawierają cukru. Wiadomo też, że warzywa są "jedzeniem bezpiecznym" (safe-foods), bo mają mało kcal.
Moje zakupy zamieniają się w istny slalom pomiędzy półkami z zagrożeniem, a półkami z bezpieczeństwem. Po posiłku czuję wyrzuty sumienia, co najmniej jakbym popełniła realne przestępstwo... a ja po prostu coś zjadłam.
W sklepach jest osobny dział "zdrowa żywność". Czyli można przypuszczać, że cała reszta jest niezdrowa, że nam szkodzi? To w takim razie po co w ogóle się ją sprzedaje? Nie rozumiem.
Można też "jeść czysto" (tzw."clean-eating 🌱), który polega na spożywanu tylko tego, co spadło prosto z własnego drzewa, ewentualnie produktów z tysiącem certyfikatów, najlepiej bez żadnej przyprawy, sosu czy dodatku. Tak naprawdę na talerzu są w kółko te same składniki ograniczone do minimum. Ingerencja osób trzecich w szykowanie jedzenia, jest oczywiście wykluczona.Według mnie, to częściowa ortoreksja, ale ukryta w ładniejszej nazwie.
Temat rzeka i szkoda by się nad tym rozwodzić. Przeglądając reklamy, plakaty z ubraniami, czy manekiny, odnoszę wrażenie, że żadne ubrania nie są dla nas. Mimowolnie porównujemy się do tego co widzimy i zazdrościmy, bo przecież kto nie chciałby tak wyglądać... Tak w ramach ciekawostki- modelki "plus size" (takie, które są "za duże" do chodzenia w zwyczajnych pokazach), zaczynają się od rozmiaru 38.
Da się mieć niedowagę mieszcząc się w tym "właściwym" BMI (w które niestety wierzymy jak w prawdę objawioną) i chwilowo ja jestem tego przykładem. Wyglądam "normalnie", staram się prowadzić jak najzdrowszy tryb życia i mieszczę się w granicach prawidłowego BMI. I co z tego...? Nic, bo jak się okazuje, wcale nie jestem tak zdrowa, na jaką wskazują wykresy i pomiary. Za pomocą wagi, czy rozmiaru ubrań, nie da się zmierzyć zdrowia.U niektórych osób BMI=23 może powodować wypadanie włosów, ogromne zmęczenie, zaburzenia hormonalne. Dla innych, optymalnym BMI będzie 27, a dla jeszcze innych 19. Trzeba się z tym pogodzić, zaakceptować, dbać o siebie, jeść z szacunkiem- słuchając serca, rozumu i żołądka. 😉
Waga wskazuje jedynie masę tkanki kostnej, tłuszczowej, mięśniowej i % wody w ciele. Choć przykładamy do niej tak ogromną uWAGĘ, to (na szczęście!) nie mierzy się nią wartości człowieka.
Ktoś, gdzieś tam "w biznesie", zarabia na naszym złym samopoczuciu, wyrzutach sumienia i naiwności, że zrobienie z jedzenia przestrzeni do kontroli uczyni nas szczęśliwymi. Czekamy z utęsknieniem na to "szczęście", płynące z sałaty, z zielonego koktajlu, z super- składników, czy z posiadania wyrzeźbionych mięśni i niskiego % tkanki tłuszczowej...
Byłam w tym, sprawdziłam, robiłam wszystko idealnie...nie zadziałało. Wiem z autopsji, że każde oszukiwanie organizmu kończy się porażką. Fizjologia będzie chciała wygrać (zawsze i wszędzie!).
I podkreślam zawsze, że jestem jak najbardziej za zdrowiem! Ale zdrowie, to nie tylko rozmiar czy linia na wykresie BMI. Żeby organizm prawidłowo funkcjonował, zdrowy musi być przede wszystkim umysł i rozsądek. 😊
Dobrego weekendu! ❤
Byłam sfrustrowana, bo przecież "ja już nie chcę żadnych kg", a po za tym od najgorszego momentu mojej choroby dorobiłam już ponad 20kg, a ktoś nagle mówi, że to nie wystarcza. Dopiero chwilę później się zastanowiłam, popatrzyłam na problem z większego dystansu i dotarło do mnie, że mam przecież wybór pomiędzy dwiema możliwościami. To ja decyduję o tym:
1. Czy za jakiś czas będę mieć X kg więcej i może (wreszcie, po ponad 3 latach walki z chorobą) poczuję się jak zdrowy, 20- letni człowiek.
2. Czy za jakiś czas znów będę siedzieć u kolejnego specjalisty, lecząc osteoporozę, zaburzenia hormonalne i całą resztę z długiej listy powikłań anoreksji, bo zawzięcie się upieram i z całej siły wierzę, że taka waga jaką mam teraz jest jedyną świętą, właściwą i niezmienną.
Zdrowy rozsądek każe wybierać opcję pierwszą, bo przecież nie chcę na nic chorować. Wydawać by się mogło, że jak już "tyle" udało mi się zrobić w kierunku zdrowia, to dołożenie jakiegoś posiłku, nie będzie żadnym wysiłkiem. Ale...to nigdy nie jest takie proste. Wciąż istnieje zależność, że im bardziej mi zależy, tym bardziej słyszę chorobę.
Trudno jest jeść w świecie, który wciąż mówi, że jeść się nie powinno. Może jestem przeczulona na tym punkcie ze względu na anoreksję, ale czasami mam wrażenie, że wszędzie dookoła mamy kult(urę) diet...
Mój żołądek przeżywa kryzys, wszystkie niepewności, kompleksy i wątpliwości wypływają, gardło się zaciska, ciśnienie wzrasta, a strach eskaluje, gdy widzę wszechobecne sugestie jak mam wyglądać, co jeść, jakie cyferki są dobre, a jakie nie. Zaczyna się sezon, gdy mocno to wszystko narasta, a tylko dlatego, że jak co roku zbliża się lato, więc "trzeba się odpowiednio prezentować".
Udarze we mnie, gdy czytam nagłówki, że "Księżna Meghan roztyła się po ciąży", albo, że "dieta paleo wyleczyła depresję". Denerwuję się, gdy mijam witrynę piekarni, a tam "niewinne ciastka" (guilt-free cakes)... to oznacza, że wszystkie inne zjedzone, sprawiają, że jestem czemuś winna. Wchodzę do księgarni, sklepu z ubraniami, czy sklepu spożywczego, a na okładkach uśmiechnięci ludzie- koniecznie z sałatą, modelki o identycznych wymiarach i wszędzie "nowości" oraz cuda ze świata diet.
Mnie to bardzo, bardzo, bardzo mocno razi i równie mocno utrudnia jedzenie.
1. Niewinne, winne, dobre, złe, czyste... jedzenie.
Produkty spożywcze- kilka składników w papierku, określane są winnymi, niewinnymi, dobrymi i złymi. Takie samo określenie zostaje przypisywane ich konsumentom...
Już nikogo nie dziwią ciastka z przedrostkiem "niewinne" (guilt-free), które po prostu nie zawierają cukru. Wiadomo też, że warzywa są "jedzeniem bezpiecznym" (safe-foods), bo mają mało kcal.
Moje zakupy zamieniają się w istny slalom pomiędzy półkami z zagrożeniem, a półkami z bezpieczeństwem. Po posiłku czuję wyrzuty sumienia, co najmniej jakbym popełniła realne przestępstwo... a ja po prostu coś zjadłam.
W sklepach jest osobny dział "zdrowa żywność". Czyli można przypuszczać, że cała reszta jest niezdrowa, że nam szkodzi? To w takim razie po co w ogóle się ją sprzedaje? Nie rozumiem.
Można też "jeść czysto" (tzw."clean-eating 🌱), który polega na spożywanu tylko tego, co spadło prosto z własnego drzewa, ewentualnie produktów z tysiącem certyfikatów, najlepiej bez żadnej przyprawy, sosu czy dodatku. Tak naprawdę na talerzu są w kółko te same składniki ograniczone do minimum. Ingerencja osób trzecich w szykowanie jedzenia, jest oczywiście wykluczona.Według mnie, to częściowa ortoreksja, ale ukryta w ładniejszej nazwie.
2. Superfoods.
Magiczne jedzenie z przedrostkiem "super". Są już "super-glony", "super-chia", i inne "super produkty". Oczywiście wszystko warte miliony monet.
Jadłam dużo tego wszystkiego...nie stałam się super, moje życie i zdrowie też nie.
3. Reklamy, modelki, ubrania- nie dla przeciętnego śmiertelnika.Temat rzeka i szkoda by się nad tym rozwodzić. Przeglądając reklamy, plakaty z ubraniami, czy manekiny, odnoszę wrażenie, że żadne ubrania nie są dla nas. Mimowolnie porównujemy się do tego co widzimy i zazdrościmy, bo przecież kto nie chciałby tak wyglądać... Tak w ramach ciekawostki- modelki "plus size" (takie, które są "za duże" do chodzenia w zwyczajnych pokazach), zaczynają się od rozmiaru 38.
4. Błędne przekonanie o cyferkach na wadze.
Wydaje się, że człowiek chudy, na pewno jest zdrowy. Przeciwnie do tego- osoba z wyższym BMI musi być niezdrowa, zaniedbana i....leniwa! Takie podejście jest bardzo krzywdzące. Każdy organizm ma indywidualny przedział wartości kg, w którym funkcjonuje jak optymalnie. Jest to masa, którą po prostu utrzymujemy, nie ograniczając kalorii i obsesyjnie ich nie spalając. Jeżeli dla utrzymania (wybranej przez siebie) masy ciała, ktoś musi ćwiczyć 2h dziennie i jeść 1500kcal- to nie jest to właściwa waga dla jego organizmu. Da się mieć niedowagę mieszcząc się w tym "właściwym" BMI (w które niestety wierzymy jak w prawdę objawioną) i chwilowo ja jestem tego przykładem. Wyglądam "normalnie", staram się prowadzić jak najzdrowszy tryb życia i mieszczę się w granicach prawidłowego BMI. I co z tego...? Nic, bo jak się okazuje, wcale nie jestem tak zdrowa, na jaką wskazują wykresy i pomiary. Za pomocą wagi, czy rozmiaru ubrań, nie da się zmierzyć zdrowia.U niektórych osób BMI=23 może powodować wypadanie włosów, ogromne zmęczenie, zaburzenia hormonalne. Dla innych, optymalnym BMI będzie 27, a dla jeszcze innych 19. Trzeba się z tym pogodzić, zaakceptować, dbać o siebie, jeść z szacunkiem- słuchając serca, rozumu i żołądka. 😉
Waga wskazuje jedynie masę tkanki kostnej, tłuszczowej, mięśniowej i % wody w ciele. Choć przykładamy do niej tak ogromną uWAGĘ, to (na szczęście!) nie mierzy się nią wartości człowieka.
Ktoś, gdzieś tam "w biznesie", zarabia na naszym złym samopoczuciu, wyrzutach sumienia i naiwności, że zrobienie z jedzenia przestrzeni do kontroli uczyni nas szczęśliwymi. Czekamy z utęsknieniem na to "szczęście", płynące z sałaty, z zielonego koktajlu, z super- składników, czy z posiadania wyrzeźbionych mięśni i niskiego % tkanki tłuszczowej...
Byłam w tym, sprawdziłam, robiłam wszystko idealnie...nie zadziałało. Wiem z autopsji, że każde oszukiwanie organizmu kończy się porażką. Fizjologia będzie chciała wygrać (zawsze i wszędzie!).
I podkreślam zawsze, że jestem jak najbardziej za zdrowiem! Ale zdrowie, to nie tylko rozmiar czy linia na wykresie BMI. Żeby organizm prawidłowo funkcjonował, zdrowy musi być przede wszystkim umysł i rozsądek. 😊
Dobrego weekendu! ❤
- Gabi
(Bardzo proszę trzymać kciuki, żebym miała sporo siły! 😊)




Komentarze
Prześlij komentarz